lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 893

Anusia nie była tej niedzieli w kościele, bo przy słabej pannie Kulwiecównie z kolei
zostać musiała, przy której się z Oleńką dzień po dniu zmieniały. Cały ranek zajęta była
doglądaniem i opatrunkiem chorej, tak że późno dopiero mogła się zabrać do pacierzy.
Zaledwie jednak wymówiła ostatnie: ?Amen", gdy zaturkotało przed bramą i Oleńka wpadła
jak wicher do pokoju.
- Jezus, Maria! Co się stało? - krzyknęła spojrzawszy na nią panna Borzobohata.
- Anusiu! wiesz, kto jest pan Babinicz?... To pan Kmicic!
Anusia zerwała się na równe nogi.
- Kto ci powiedział?
- Czytano list królewski... pan Wołodyjowski przywiózł... laudańscy...
- To pan Wołodyjowski wrócił?... - krzyknęła Anusia.
I nagle rzuciła się w ramiona Oleńki.
Oleńka przyjęła ten wybuch czułości jako dowód Anusinego afektu dla siebie, bo zresztą
była zgorączkowana, prawie nieprzytomna. Na twarzy miała ogniste wypieki, a pierś jej
falowała, jak gdyby z wielkiego zmęczenia.
Więc poczęła opowiadać bez ładu i przerywanym głosem wszystko, co w kościele słyszała,
biegając przy tym jak szalona po komnacie i powtarzając co chwila: ?To ja go niewarta!" -
czyniąc sobie zarzuty okrutne, że go najgorzej ze wszystkich skrzywdziła, że nawet modlić
się za niego nie chciała wówczas, gdy on we krwi własnej za Najświętszą Pannę, za
ojczyznę i za króla się pławił.
Próżno Anusia, biegając za nią po izbie, próbowała ją pocieszać. Ona powtarzała wciąż
jedno, że go niewarta, że nie śmiałaby mu w oczy spojrzeć; to znów poczynała mówić o
czynach Babinicza, o porwaniu Bogusław, o jego zemście, o ocaleniu króla, o Prostkach i
Wołmontowiczach, i Częstochowie; to wreszcie o swoich winach i o swej zawziętości, za
którą musi odpokutować w klasztorze.
Dalsze jej wyrzekania przerwał pan Tomasz, który wpadłszy jak bomba do komnaty zakrzyknął:
- Na Boga! cała Upita do nas wali! Już są we wsi, a Babinicz pewnie z nimi!
Jakoż za chwilę daleki okrzyk zwiastował zbliżanie się tłumów. Miecznik porwał Oleńkę i
wyprowadził na ganek; Anusia wypadła za nimi.
Wtem tłumy ludzi i koni zaczerniły się w dali i jak okiem sięgnąć cała droga była jeszcze
nimi zapchana. Dobiegli w końcu do dziedzińca. Piesi przedostawali się szturmem przez
fosę i płoty; wozy tłoczyły się w bramie, a wszystko to krzyczało, wyrzucało czapki w
górę. Wreszcie ukazał się huf zbrojny laudańskich, otaczających skarbniczek, w którym
siedziało trzech mężów: pan Kmicic, pan Wołodyjowski i pan Zagłoba.
Skarbniczek zatrzymał się nieco opodal, bo już tyle ludu natłoczyło się przed gankiem, że
nie można było tuż dojechać. Zagłoba z Wołodyjowskim wyskoczyli pierwsi i pomógłszy
Kmicicowi zsiąść, zaraz chwycili go pod ramiona.
- Rozstąpcie się! -krzyknął Zagłoba.
- Rozstąpić się! -powtórzyli laudańscy.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional