lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 763

całemu gotów był przegrażać, ów pogromca tylu armii, zdobywca tylu miast, ów stary
żołnierz, zląkł się teraz tak okropnie wyjącej tłuszczy, iż przytomność opuściła go
zupełnie. I począł dygotać całym ciałem, i ręce opuścił, i jęczał, i ślina poczęła mu
ciec z ust na złoty łańcuch, a buława marszałkowska z ręki wypadła. Tymczasem straszliwa
ciżba była coraz bliżej i bliżej; już, już okropne postacie otaczały nieszczęsnych
jenerałów naokół, chwila jeszcze, a rozniosą tak wszystkich na szablach, że jednego
szczątka nie zostanie.
Inni jenerałowie powydobywali szpady chcąc umrzeć z bronią w ręku, jak na rycerzy
przystało, lecz stary ciemięzca zesłabł zupełnie i przymrużył oczy.
Wtem pan Wołodyjowski skoczył sztabowi na ratunek. Chorągiew, idąc w skok klinem,
roztrąciła tak tłuszczę, jak okręt płynący wszystkimi żaglami roztrąca spiętrzone fale
morza. Krzyk tratowanej hołoty pomieszał się z krzykiem laudańskich, lecz jeźdźcy pierwej
dopadli sztabu i otoczyli go w mgnieniu oka murem koni, murem piersi własnych i szabel.
-- Do króla! -krzyknął mały rycerz.
I ruszyli. Tłum otoczył ich ze wszystkich stron, biegł z boków, z tyłu, wywijał szablami
i drągami, wył coraz straszniej, lecz oni parli naprzód, tnąc szablami od czasu do czasu
na boki, jak tnie potężny odyniec otoczony przez stado wilków.
Wtem Wojniłłowicz skoczył w pomoc Wołodyjowskiemu, za nim Wilczkowski z królewskim
pułkiem, za nim kniaź Połubiński i wszyscy razem, oganiając się ustawicznie,
przyprowadzili sztab przed oblicze Jana Kazimierza.
Tumult, zamiast zmniejszać się, rósł coraz bardziej. Zdawało się przez chwilę, że
rozhukana tłuszcza, bez względu na majestat, będzie chciała dostać w ręce jenerałów.
Wittenberg oprzytomniał, ale strach nie opuścił go bynajmniej, więc zeskoczył z konia,
jak zając napierany przez psy lub wilki chroni się aż pod wozy zaprzężone, tak on kopnął
się, mimo podagry, aż pod nogi królewskie.
Tarn rzucił się na kolana i chwyciwszy za strzemię, począł krzyczeć: -- Ratuj, miłościwy
panie! ratuj! Mam twoje słowo królewskie, ugoda podpisana, ratuj, ratuj! Zmiłuj się nad
nami! Nie pozwalaj mnie zamordować !
Król na widok takiego upokorzenia i takiej hańby odwrócił ze wstrętem oczy i rzekł:
- Panie feldmarszałku, uspokój się pan!
Lecz sam miał twarz strapioną, bo nie wiedział, co czynić. Naokół zbierały się coraz
większe tłumy i zbliżały się coraz natarczywiej. Wprawdzie stanęły chorągwie jakby do
boju, a piechota zamojska utworzyła naokół groźny czworobok, lecz jaki miał być
wszystkiego koniec?
Król spojrzał na Czarnieckiego, lecz ten tylko brodę kręcił z wściekłością, takim gniewem
wzburzyła mu się dusza przeciw niekarności pospolitego ruszenia.
Tymczasem kanclerz Koryciński rzekł:
- Miłościwy panie, trzeba ugody dotrzymać.
- Tak jest! - rzekł król.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional