lektory on-line

Faraon - Strona 73

kadzidła na święte ofiary, a tam, w kątach, stoją bogowie wszystkich narodów. W moim
zajeździe człowiek może być sytym i pobożnym za bardzo małe pieniądze.
Zawrócił się i wszedł do galerii między kupców.
- Jedzcie i pijcie, czcigodni panowie - zachęcał kłaniając się. - Czasy są dobre!
Najdostojniejszy następca, oby żył wiecznie, jedzie do Pi-Bastu z ogromną świtą, a z
Górnego Królestwa przyszedł transport złota, na czym niejeden z was pięknie zarobi. Mamy
kuropatwy, młode gąski, ryby prosto z rzeki i doskonałą pieczeń sarnią. A jakie wino
przysłali mi z Cypru!... Niech zostanę Źydem, jeżeli kubek tej rozkoszy nie jest wart
dwie drachmy!... Ale wam, ojcom i dobrodziejom moim, oddam dziś po drachmie. Tylko dziś,
ażeby zrobić początek.
- Daj po pół drachmy kubek, to skosztujemy - odparł jeden z kupców.
- Pół drachmy?... - powtórzył restaurator. - Pierwej Nil popłynie ku Tebom, aniżeli ja
taką słodycz oddam za pół drachmy. Chyba... dla ciebie, panie Belezis, który jesteś perłą
Sydonu... Hej, niewolnicy!... a podajcie dobrodziejom naszym większy dzban cypryjskiego...
Gdy odszedł, kupiec nazwany Belezisem rzekł do swoich towarzyszów:
- Ręka mi uschnie, jeżeli to wino warte pół drachmy. Ale niech go tam!... Będziemy mieli
mniej kłopotu z policją.
Rozmowa z gośćmi wszelkich narodów i stanów nie przeszkadzała gospodarzowi zważać na
pisarzy zapisujących jadło i napitki, na dozorców, którzy pilnowali służbę i pisarzy, a
nade wszystko na podróżnego, który we frontowej galerii usiadłszy z podwiniętymi nogami
na poduszkach, drzemał nad garstką daktylów i kubkiem czystej wody. Podróżny ten miał
około czterdziestu lat, bujne włosy i brodę kruczej barwy, zadumane oczy i dziwnie
szlachetne rysy, których, zdawało się, nigdy gniew nie zmarszczył ani wykrzywiła trwoga.
"To niebezpieczny szczur!... - myślał gospodarz patrząc na niego spod oka. - Ma minę
kapłana, a chodzi w ciemnej opończy... Złożył u mnie klejnotów i złota za
talent, a nie jada mięsa ani nie pije wina... Musi to być wielki prorok albo wielki
złodziej!..."
Na podwórko weszli z ulicy dwaj nadzy psyllowie, czyli poskramiacze wężów, z torbą pełną
jadowitego gadu, i zaczęli przedstawienie. Młodszy grał na fujarce, a starszy począł
owijać się małymi i dużymi wężami, z których każdy wystarczyłby do rozpędzenia gości z
oberży "Pod Okrętem". Fujarka odzywała się coraz piskliwiej, poskramiacz wyginał się,
pienił, drgał konwulsyjnie i ciągle drażnił gady. Wreszcie jeden z wężów ukąsił go w
rękę, drugi w twarz, a trzeciego - najmniejszego - zjadł żywcem sam poskramiacz.
Goście i służba z niepokojem przypatrywali się zabawie poskramiacza. Drżeli, gdy drażnił
gady, zamykali oczy, gdy wąż kąsał człowieka. Lecz gdy psyllo zjadł węża - zawyli z
radości i podziwu...
Tylko podróżny z frontowej galerii nie opuścił swoich poduszek, nawet nie raczył spojrzeć
na zabawę. A gdy poskramiacz zbliżył się po zapłatę, podróżnik rzucił na posadzkę dwa
miedziane uteny dając mu ręką znak, ażeby się nie zbliżał.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional