lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 674

Dalsze słowa przerwał panu Zagłobie świst kul, więc nie dokończył myśli, natomiast
krzyknął:
- Uchodźmy, panie Michale, ci zdrajcy postrzelić gotowi!
- Nie mają już te kule impetu - odrzekł Wołodyjowski - bo za daleko.
Tymczasem otoczyli ich inni jeźdźcy polscy winszując Wołodyjowskiemu i patrząc nań z
podziwem, a on tylko wąsikami raz po raz ruszał, bo także rad był z siebie.
Zaś na drugim brzegu, między Szwedami, wrzało jakby w ulu. Artylerzyści zataczali na
gwałt armaty, więc i w pobliskich szeregach polskich ozwały się trąbki do odwrotu. Na
głos ich skoczył każdy do swojej chorągwi, i w mig stanęły wszystkie w sprawie. Cofnęły
się pod las i zatrzymały znowu, jakby miejsce nieprzyjacielowi zostawując i zapraszając
go za rzekę. Wreszcie przed ławę ludzi i koni wyjechał na tarantowatym dzianecie mąż
przybrany w burkę i czapkę z czaplim piórem z pozłocistym buzdyganem w ręku.
Widać go było doskonale, bo padały nań czerwone promienie zachodzącego słońca, i zresztą
jeździł przed pułkami, jakby przegląd sprawując. Poznali go od razu wszyscy Szwedzi i
poczęli krzyczeć:
- Czarniecki ! Czarniecki !
On zaś gadał coś z pułkownikami. Widziano, jak dłużej zatrzymał się przy rycerzu, który
Kanneberga usiekł, i rękę położył na jego ramieniu, po czym podniósł buzdygan i chorągwie
zaczęły z wolna, jedna za drugą, zawracać ku borom.
Właśnie i słońce zaszło. W Jarosławiu dzwony ozwały się po kościołach, więc wszystkie
pułki zaśpiewały jednym głosem, odjeżdżając: "Anioł Pański zwiastował Najświętszej Pannie
Marii", i z tą pieśnią znikły Szwedom z oczu.
tom III
Rozdział V
Dnia tego położyli się Szwedzi spać nic w usta nie biorąc i bez nadziei, aby mieli czym
nazajutrz się posilić. Toteż od męki głodowej spać nie mogli. Nim drugi kur zapiał,
znękane żołnierstwo poczęło wymykać się z obozu pojedynczo i kupami na grasunek po wsiach
przyległych do Jarosławia. Szli więc, do nocnych rabusiów podobni, ku Radymnu, Kańczudze,
Tyczynowi - gdzie mogli i gdzie spodziewali się zastać coś do jedzenia. Otuchy dodawało
im to, że Czarniecki był na drugiej stronie rzeki, ale choćby i przeprawić się już
zdążył, woleli śmierć niż głód. Widocznie wielkie już było rozprzężenie w obozie, bo
około półtora tysiąca ludzi wysunęło się w ten sposób, wbrew najsurowszym rozkazom
królewskim.
Poczęli więc grasować po okolicy, paląc, rabując, ścinając, lecz prawie nikt z nich nie
miał powrócić do obozu. Czarniecki był wprawdzie z drugiej strony Sanu, lecz i z tej
kręciły się różne partie szlacheckie i chłopskie; najpotężniejsza zaś pana
Strzałkowskiego, złożona z bitnej szlachty górskiej, tej właśnie nocy przymknęła, jak na
nieszczęście do Próchnika. Ujrzawszy tedy łunę i usłyszawszy strzały poszedł pan
Strzałkowski, jakoby kto sierpem rzucił, prosto na gwar i napadł na zajętych rabunkiem.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional