lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 668

Spostrzegł to Sweno, rozpuścił konia, dopadł do Kanneberga i począł wołać:
- Wasza dostojność! to nie zwykła partia, to regularny żołnierz, któren umyślnie umyka i
do zasadzki nas prowadzi.
- Zali diabli będą w tej zasadzce czy ludzie? - odrzekł Kanneberg.
Droga szła nieco w górę i stawała się coraz szersza, las rzedniał i na jego krańcu widać
już było niezarosłe pole, a raczej ogromną polanę otoczoną ze wszystkich stron gęstym i
szarym borem.
Chorągiew polska przyspieszyła z kolei biegu i okazało się, że poprzednio umyślnie szła
tępo, teraz bowiem w krótkiej chwili odsadziła się tak daleko, że wódz szwedzki poznał,
iż nigdy jej nie doścignie.
Dopadłszy zatem do połowy polany i spostrzegłszy, że nieprzyjaciel już niemal do drugiego
jej końca dociera, począł hamować swoich ludzi i zwalniać biegu.
Lecz, o dziwo, polski oddział, zamiast utonąć w przeciwległym lesie, zatoczył na samym
krańcu ogromne półkole i zwrócił się cwałem ku Szwedom, stanąwszy od razu w tak
wspaniałym bojowym ordynku, że wzbudził podziw w samym nieprzyjacielu.
- Tak jest! -zawołał Kanneberg - to regularny żołnierz! Zawrócili jakoby na mustrze.
Czego oni chcą?... do kroćset!
- Idą na nas! -krzyknął Sweno.
Jakoż chorągiew ruszyła naprzód rysią. Mały rycerz na bułanym bachmacie krzyczał coś na
swoich, wysuwał się naprzód i znów wstrzymywał konia, szablą znaki dawał, widocznie on
był dowódcą.
- Atakują naprawdę! - rzekł ze zdumieniem Kanneberg.
A pod tamtym i już konie wzięły pęd największy i potuliwszy uszy, wyciągnęły się tak, iż
ledwie brzuchami nie dotykały ziemi. Jeźdźcy pochylili się na karki i skryli się za
grzywą. Szwedzi, stojący w pierwszym szeregu, dostrzegli tylko setki rozwartych chrapów
końskich i gorejących oczu. I wicher tak nie idzie, jako rwała ta chorągiew.
- Bóg z nami! Szwecja! Ognia! -skomenderował Kanneberg podnosząc w górę szpadę.
Gruchnęły wszystkie muszkiety, lecz w tej samej chwili chorągiew polska wpadła w dym z
taką siłą, że odrzuciła na prawo i lewo pierwsze szwedzkie szeregi i wbiła się w gęstwę
ludzi i koni, jak klin wbija się w rozszczepione drzewo. Uczynił się wir straszliwy,
pancerz uderzał o pancerz, szabla o szablę, a ów szczęk, kwik koński, lament konających
mężów rozbudził wszystkie echa, tak że cały bór począł odzywać się bitwie, jako strome
skały górskie odzywają się grzmotom.
Szwedzi zmieszali się przez chwilę, zwłaszcza że znaczna ich ilość padła od pierwszego
uderzenia, lecz wnet ochłonąwszy wsiedli potężnie na nieprzyjaciół. Skrzydła ich zbiegły
się ze sobą, a że chorągiew polska i bez tego parła naprzód, chciała bowiem przejść
"sztychem", wnet otoczona została. Środek Szwedów ustępował przed nią, natomiast boki
nacierały ją coraz silniej, nie mogąc jej wprawdzie rozerwać, bo broniła się zaciekle i z
całą ową niezrównaną biegłością, która czyniła jazdę polską tak straszną w ręcznej
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional