lektory on-line

Krzyżacy - Strona 60

zimowy, chmurny. W drugim końcu komnaty palił się wprawdzie na wielkim kominie ogień, ale
źle wysuszone kłody mało dawały płomienia. Dopiero po niejakim czasie, gdy oczy Juranda
oswoiły się ze zmrokiem, dostrzegł w głębi stół i siedzących za nim rycerzy, a dalej za
ich plecami całą gromadę zbrojnych giermków i równie zbrojnych knechtów, między którymi
błazen zamkowy trzymał na łańcuchu oswojonego niedźwiedzia.
Jurand potykał się niegdyś z Danveldem, po czym widział go dwukrotnie na dworze księcia
mazowieckiego jako posła, ale od tych terminów upłynęło kilka lat; poznał go jednak
pomimo mroku natychmiast i po otyłości, i po twarzy, a wreszcie po tym, że siedział za
stołem w pośrodku, w poręczastym krześle, mając rękę ujętą w drewniane łupki, opartą na
poręczy. Po prawej jego stronie siedział stary Zygfryd de Lowe z Insburka, nieubłagany
wróg polskiego plemienia w ogóle, a Juranda ze Spychowa w szczególności; po lewej młodsi
bracia Gotfryd i Rotgier. Danveld zaprosił ich umyślnie, aby patrzyli na jego tryumf nad
groźnym wrogiem, a zarazem nacieszyli się owocami zdrady, którą na współkę uknuli i do
której wykonania dopomogli. Siedzieli więc teraz wygodnie, przybrani w miękkie, z
ciemnego sukna szaty, z lekkimi mieczami przy boku - radośni, pewni siebie, spoglądając
na Juranda z pychą i z taką niezmierną pogardą, którą mieli zawsze w sercach dla
słabszych i zwyciężonych.
Długi czas trwało milczenie, albowiem pragnęli się nasycić widokiem męża, którego
przedtem po prostu się bali, a który teraz stał przed nimi ze spuszczoną na piersi głową,
przybrany w zgrzebny wór pokutniczy, z powrozem u szyi, na którym wisiała pochwa miecza.
Chcieli też widocznie, by jak największa liczba ludzi widziała jego upokorzenie, gdyż
przez boczne drzwi, prowadzące do innych izb, wchodził, kto chciał, i sala zapełniła się
niemal do połowy zbrojnymi mężami. Wszyscy patrzyli z niezmierną ciekawością na Juranda,
rozmawiając głośno i czyniąc nad nim uwagi. On zaś, widząc ich, nabrał właśnie otuchy,
albowiem myślał w duszy: "Gdyby Danveld nie chciał dotrzymać tego, co obiecywał, nie
wzywałby tylu świadków".
Tymczasem Danveld skinął ręką i uciszył rozmowy, po czym dał znak jednemu z giermków, ów
zaś zbliżył się do Juranda i chwyciwszy dłonią za powróz otaczający jego szyję,
przyciągnął go o kilka kroków bliżej do stołu.
A Danveld spojrzał z tryumfem po obecnych i rzekł:
- Patrzcie, jako moc Zakonu zwycięża złość i pychę.
- Daj tak Bóg zawsze! - odpowiedzieli obecni. Nastała znów chwila milczenia, po której
Danveld zwrócił się do jeńca:
- Kąsałeś Zakon jako pies zapieniony, przeto Bóg sprawił, że jako pies stoisz przed nami,
z powrozem na szyi, wyglądając łaski i zmiłowania.
- Nie równaj mnie z psem, komturze - odrzekł Jurand - bo czci ujmujesz tym, którzy
potykali się ze mną i z mojej ręki polegli.
Na te słowa szmer powstał między zbrojnymi Niemcami: nie wiadomo było, czy rozgniewała
ich śmiałość odpowiedzi, czy uderzyła j ej słuszność.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional