lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 576

Lecz jeszcze nie tu był kres jego usiłowań; postanowił bowiem zawrzeć w imieniu swoim i
stanów takie przymierze, którego by żadna potęga ziemska przemóc nie zdołała, a które by
w przyszłości do poprawy Rzeczypospolitej mogło posłużyć.
Nadeszła nareszcie ta chwila. Tajemnica musiała się przedrzeć od senatorów do szlachty, a
od szlachty do pospólstwa, gdyż od rana mówiono, że w czasie nabożeństwa stanie się coś
ważnego, że król jakieś uroczyste śluby będzie składał. Mówiono o poprawie losów
chłopskich i o konfederacji z niebem; inni wszelako twierdzili, że to są niebywałe
rzeczy, których przykładów dzieje nie podają, ale ciekawość była podniecona i powszechnie
czegoś oczekiwano.
Dzień był mroźny, jasny, drobniuchne źdźbła śniegu latały po powietrzu, błyszcząc na
kształt iskier. Piechota łanowa Iwowska i powiatu żydaczowskiego, w półszubkach
błękitnych, bramowanych złotem, i pół regimentu węgierskiego wyciągnęły się w długi
szereg przed katedrą, trzymając muszkiety przy nogach; przed nimi na kształt pasterzy
przechodzili wzdłuż i w poprzek oficerowie z trzcinami w ręku. Pomiędzy dwoma szpalerami
płynął, jak rzeka, do kościoła tłum różnobarwny. Więc naprzód szlachta i rycerstwo, a za
nią senat miejski z łańcuchami pozłocistymi na szyjach i ze świecami w ręku, a prowadził
go burmistrz, słynny na całe województwo medyk, przybrany w czarną togę aksamitną i
biret; za senatem szli kupcy, a między nimi wielu Ormian w zielonych ze złotem myckach na
głowie i w obszernych wschodnich chałatach. Ci, chociaż do innego obrządku należąc,
ciągnęli wraz z innymi, by stan reprezentować. Za kupiectwem dążyły cechy z chorągwiami,
a więc rzeźnicy, piekarze, szewcy, złotnicy, konwisarze, szychterze, płatnerze,
kordybanci, miodowarzy, i ilu tylko innych jeszcze było; z każdego ludzie wybrani szli za
swoją chorągwią, którą niósł okazalszy od wszystkich urodą chorąży. Za czym dopiero
waliły bractwa różne i tłum pospolity, w łyczkowych kapotach, w kożuchach, guniach,
sukmanach, mieszkańcy przedmieść, chłopi. Nie tamowano przystępu nikomu, dopóki kościół
nie zapełnił się szczelnie ludźmi wszelakich stanów i płci obojej.
Na koniec zaczęły zajeżdżać i karety, lecz omijały główne drzwi, albowiem król, biskupi i
dygnitarze mieli osobne wejście, bliżej wielkiego ołtarza. Co chwila wojsko prezentowało
broń, następnie żołnierze spuszczali muszkiety do nogi i chuchali na zmarznięte dłonie,
wyrzucając z piersi kłęby pary.
Zajechał król z nuncjuszem Widonem, potem arcybiskup gnieźnieński z księciem biskupem
Czartoryskim, potem ksiądz biskup krakowski, ksiądz arcybiskup Iwowski, kanclerz wielki
koronny, wielu wojewodów i kasztelanów. Ci wszyscy znikali w bocznych drzwiach, a ich
karoce, dwory, masztalerze i wszelkiego rodzaju dworscy utworzyli jakoby nowe wojska,
stojące z boku katedry.
Ze mszą wyszedł nuncjusz apostolski Widon, przybrany na purpurze w ornat biały, naszywany
perłami i złotem.
Dla króla urządzono klęcznik między ołtarzem a stallami, przed klęcznikiem leżał
rozpostarty dywan turecki. Kanonickie krzesła zajęli biskupi i świeccy senatorowie.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional