lektory on-line

Krzyżacy - Strona 495

się coraz bardziej. I znów śmigały ramiona, grzmiały cepy, zgrzytały kosy, cięły miecze,
bodły oszczepy, chlastały topory i oksze. Wycinano Niemców jak bór, a oni marli w
milczeniu, posępni, ogromni, nieustraszeni.
Niektórzy, popodnosiwszy przyłbice, żegnali się z sobą, dając sobie ostatni przed
śmiercią pocałunek; niektórzy rzucali się na oślep w ukrop bojowy jakby zdjęci
szaleństwem, inni walczyli jak przez sen, inni na koniec mordowali się sami, wbijając
sobie w gardło mizerykordię lub porzuciwszy naszyjniki, zwracali się do towarzyszów z
prośbą: "Pchnij!"
Zaciekłość polska rozbiła wkrótce wielkie kolisko na kilkanaście mniejszych kup i wtedy
znów łatwiej było wymykać się pojedynczym rycerzom. Ale w ogóle i te rozbite gromady biły
się ze wściekłością i rozpaczą.
Mało kto klękał, prosząc o litość, a gdy straszny zapęd Polaków rozpłoszył wreszcie i
mniejsze kupy, nawet pojedynczy rycerze nie chcieli oddawać się żywcem w ręce zwycięzców.
Dzień był dla Zakonu i dla wszystkiego zachodniego rycerstwa największej klęski, ale i
chwały największej. Pod olbrzymim Arnoldem von Baden otoczonym przez piechotę kmiecą
utworzył się wał polskich trupów, on zaś, potężny i niezwalczony, stał nad nim, jak stoi
słup graniczny wkopany na wzgórzu, i kto zbliżył się do niego na długość miecza, marł
jakby piorunem rażony.
Najechał go wreszcie sam Zawisza Czarny Sulimczyk, lecz widząc rycerza bez konia i nie
chcąc przeciw rycerskiemu prawu z tyłu nań uderzać, zeskoczył także z rumaka i począł nań
wołać z daleka:
- Zwróć, Niemcze, głowę i poddaj się alibo spotkaj ze mną!
A Arnold zwrócił się i poznawszy Zawiszę po czarnej zbroi i po Sulimie na tarczy, rzekł
sobie w duszy:
"Śmierć idzie i moja godzina wybiła, albowiem jemu nikt nie odejmie się żywy. Gdybym
jednakże go zwyciężył, zyskałbym chwałę nieśmiertelną, a może i życie ocalił".
To rzekłszy, skoczył ku niemu i starli się jak dwie burze na ziemi trupami zasłanej. Lecz
Zawisza tak okrutnie siłą nad wszystkimi górował, że nieszczęśni to byli rodzice, których
dzieciom wypadło się z nim spotkać w boju. Jakoż pod cięciem jego miecza pękła kuta w
Malborgu tarcza, pękł jak gliniany garnek stalowy hełm i mężny Arnold padł z rozciętą na
dwoje głową...
Henryk, komtur człuchowski, ten sam najzawziętszy wróg polskiego plemienia, który
zaprzysiągł, że póty dwa miecze każe przed sobą nosić, póki obu w krwi polskiej nie
ubroczy, wymykał się teraz chyłkiem z pola, jako lis wymyka się z otoczonego przez
myśliwców ostępu, gdy wtem zajechał mu drogę Zbyszko z Bogdańca. Krzyknął komtur, widząc
nad sobą wzniesiony brzeszczot:
Erbarme dich meiner! (oszczędź mnie) - i złożył z przestrachu ręce, co usłyszawszy, młody
rycerz nie zdołał już wprawdzie wstrzymać ręki i rozmachu, ale zdołał jeszcze przekręcić
miecz i płazem tylko w spasły, spotniały pysk komtura uderzył. I rzucił go potem swemu
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional