lektory on-line

Krzyżacy - Strona 475

narody ze wszystkich krain ziemi.
- Źaden też inny król takich nie postawi - odpowiedział de Lorche - bo żaden tak potężnym
państwem nie władnie. A stary rycerz zwrócił się do Powały z Taczewa:
- Ile, mówicie, panie, przyszło chorągwi z kniaziem Witoldem?
- Czterdzieście - odrzekł Powała. - Naszych polskich wraz z Mazurami jest pięćdziesiąt,
ale nie tak okryte jak Witoldowe, bo u niego czasem i kilka tysięcy ludzi pod jednym
znakiem służy. Ha! Słyszeliśmy, iż mistrz rzekł, iż to hołota lepsza do łyżek niż do
miecza, ale bogdajże w złą godzinę to wymówił, bo tak myślę, że litewskie sulice okrutnie
się od krzyżackiej juchy zaczerwienią.
- A ci, wedle których teraz przejeżdżamy, którzy są? -zapytał de Lorche.
- To Tatary; przywiódł ich Witoldowy hołdownik, Saladyn.
- Dobrzyż do bitwy?
- Litwa umie z nimi wojować i znaczną ich część podbiła, z której przyczyny musieli na tę
wojnę przyciągnąć. Ale zachodniemu rycerstwu ciężko z nimi, gdyż oni w ucieczce
straszniejsi niż w spotkaniu.
- Przypatrzmy się im bliżej - rzekł de Lorche.
I pojechali ku ogniskom, które otaczali ludzie z nagimi całkiem ramionami, odziani mimo
pory letniej w owcze tułuby, wełną do góry. Większa część ich spała wprost na gołej ziemi
albo na mokrej i parującej od żaru słomie, lecz wielu siedziało w kuczki przy płonących
stosach; niektórzy skracali sobie godziny nocne, podśpiewując przez nos dzikie pieśni i
uderzając do wtóru jednym piszczelem końskim o drugi, co czyniło dziwny i nieprzyjemny
łoskot; inni mieli małe bębenki lub brzdąkali na naciągniętych cięciwach łuków. Inni
żarli świeżo wyjęte z ognia, dymiące, a zarazem krwawe kawały mięsiwa, na które dmuchali
wzdętymi, sinymi wargami. W ogóle wyglądali tak dziko i złowrogo, że łatwiej ich było
wziąć za jakieś okropne stwory leśne niż za ludzi. Dymy ognisk były gryzące od końskiego
i baraniego tłuszczu, który w nich topniał, a prócz tego rozchodził się naokół nieznośny
swąd przypalonej sierści, przygrzanych tułubów i ckliwa woń świeżo zdartych skór i krwi.
Z drugiej ciemnej strony ulicy, gdzie stały konie, zawiewało ich potem. Szkapy owe,
których kilkaset trzymano dla rozjazdów w pobliżu, wygryzłszy trawę spod nóg, gryzły się
między sobą, kwicząc przeraźliwie i chrapiąc. Koniu-chowie uśmierzali walkę głosem i
batami z surowca.
Niebezpiecznie było zapuszczać się w pojedynkę między nich, gdyż dzicz to była
niesłychanie drapieżna. Tuż za nimi stały niewiele mniej dzikie watahy Besarabów, z
rogami na głowach, długowłosych Wołochów, noszących miast pancerzy drewniane, malowane
deski na piersiach i plecach, z niezgrabnymi wizerunkami upiorów, kościotrupów lub
zwierząt; dalej Ser-by, których uśpiony teraz obóz rozbrzmiewał we dnie w czasie postojów
jakby jedna wielka lutnia, tyle w nim było fletni, bała-bajek, multanków i różnych innych
narzędzi muzycznych.
Świeciły ognie, a z nieba wśród chmur, które mocny wiatr rozwiewał, świecił jasny wielki
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional