lektory on-line

Krzyżacy - Strona 468

- Nie! - zawołał pokrzepiony na duchu Zbyszko. - Kondrat może by oddał, Ulryk nie odda.
Prawy to rycerz, na którym skazy nijakiej nie masz, ale okrutnie zapalczywy.
Tak to oni ze sobą rozmawiali, a tymczasem zdarzenia staczały się, jakby kamienie
potrącone na stromych ścieżkach górskich nogą przechodnia, z coraz większym pędem ku
przepaści.
Nagle rozgrzmiała po całym kraju wiadomość, że Krzyżacy napadli i zagrabili staropolski,
zastawiony johannitom Santok. Nowy mistrz Uiryk, który gdy posłowie polscy przybyli, aby
mu złożyć życzenia z powodu jego wyboru, wyjechał umyślnie z Malborga i który od
pierwszej chwili swych rządów nakazał, by w stosunkach z królem i Polską miasto łaciny
używać języka niemieckiego - pokazał wreszcie, kim jest. Krakowscy panowie, którzy po
cichu pchali do wojny, zrozumieli, że on do niej pcha głośno i nie tylko głośno, ale na
oślep i z takim zuchwalstwem, jakiego względem polskiego narodu nie dopuszczali się nigdy
mistrzowie nawet wówczas, gdy ich potęga była w istocie większą, a Królestwa mniejszą niż
ninie.
Jednakże mniej zapalczywi a przebieglejsi od Ulryka dostojnicy Zakonu, którzy znali
Witolda, starali się go sobie zjednać darami i pochlebstwy tak przechodzącymi wszelką
miarę, iż podobnych trzeba było chyba szukać w tych czasach, gdy cezarom rzymskim
wznoszono za życia świątynie i ołtarze. "Dwóch jest dobrodziejów Zakonu - mówili posłowie
krzyżaccy, bijąc czołem temu namiestnikowi Jagiełły - pierwszy Bóg, a drugi Witold;
przeto jest święte każde życzenie i każde słowo Witolda dla Krzyżaków". I błagali go o
rozjemstwo w sprawie o Drezdenko w tej myśli, że gdy jako podległy królowi podejmie się
sądzić swego zwierzchnika, tym samym go obrazi - i dobre ich stosunki przerwą się, jeśli
nie na zawsze, to przynajmniej na czas dłuższy. Lecz że panowie rada wiedzieli o
wszystkim, co się w Malborgu dzieje i zamierza, przeto król wybrał także Witolda na
rozjemcę.
I pożałował Zakon wyboru. Dostojnicy krzyżaccy, którym zdawało się, że znają wielkiego
księcia, znali go nie dość jeszcze, albowiem Witold nie tylko przysądził Drezdenko
Polakom, lecz wiedząc zarazem i odgadując, na czym się sprawa skończyć musi - podniósł
znów Źmujdź i coraz groźniejsze ukazując Zakonowi oblicze, jął wspomagać ludźmi, orężem i
zbożem z żyznych ziem polskich nadsyłanym.
Co gdy się stało, wszyscy po wszystkich ziemiach olbrzymiego państwa zrozumieli, że
wybiła stanowcza godzina. Jakoż wybiła.
Raz w Bogdańcu, gdy stary Maćko, Zbyszko i Jagienka siedzieli przed bramą kasztelu,
zażywając cudnej pogody i ciepła -zjawił się nagle na spienionym koniu nieznany człowiek,
osadził go przed bramą, cisnął coś na kształt wieńca splecionego z łozy i wierzbiny pod
nogi rycerzy - i krzyknąwszy: "Wici! wici!" -pomknął dalej.
A oni zerwali się na równe nogi w wielkim wzruszeniu. Twarz Maćka stała się groźna i
uroczysta. Zbyszko skoczył, aby pchnąć giermka z wicią dalej, po czym wrócił z ogniem w
źrenicach i zawołał:
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional