lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 429

cię żądło, szerszeniu, rad byś i po nocy kłuł. Wielkie to jest przedsięwzięcie, które
najlepszy skutek mieć może. Jednego nam Pan Bóg dał Litwina, ale wściekłą bestię i
zębatą. Ja zamiar pochwalam; nikt go tu nie zgani, i sam gotowym iść!
Ksiądz Kordecki, który zrazu aż przeraził się, bo lękał się krwi rozlewu, zwłaszcza gdy
własnego życia nie wystawiał, przyjrzawszy się bliżej owej myśli, uznał ją za godną
obrońców Marii.
- Dajcie mi się pomodlić! - rzekł.
I klęknąwszy przed wizerunkiem Matki Boskiej, chwilę modlił się z rozłożonymi rękoma,
wreszcie wstał wypogodzony.
- Pomódlcie się teraz wy - rzekł - a potem idźcie!
W kwadrans później wyszli we czterech i udali się na mury. Szańce w dalekości spały. Noc
była bardzo ciemna.
- Ilu ludzi chcesz wziąść? - spytał ksiądz Kordecki Kmicica.
- Ja?... - odrzekł ze zdziwieniem pan Andrzej. - Ja tu nie wódz i miejscowości nie znam
tak dobrze jak pan Czarniecki. Pójdę z szablą, ale ludzi niech pan Czarniecki prowadzi i
mnie z innymi. Chciałbym jeno, by mój Soroka poszedł, bo to rzeźnik okrutny.
Podobała się ta odpowiedź i panu Czarnieckiemu, i księdzu przeorowi, który w niej jawny
dowód pokory widział. Lecz zabrali się zaraz raźno do dzieła. Wybrano ludzi, nakazano
ciszę największą i poczęto wysuwać belki a kamienie, a cegły z przechodu.
Praca zabrała z godzinę czasu. Wreszcie otwór w murze był gotowy i ludzie poczęli się
zanurzać w wąską czeluść. Mieli szable, pistolety, niektórzy rusznice, a niektórzy,
zwłaszcza chłopi, kosy osadzone sztorcem, broń, do której najwięcej nawykli.
Znalazłszy się na drugiej stronie muru policzyli się: pan Czarniecki stanął na przedzie
oddziału, Kmicic na samym końcu i ruszyli wzdłuż okopu, cicho, dech tamując w piersiach,
jak wilcy podkradający się do owczarni.
Jednakże czasem kosa o kosę zabrzękła, czasem kamień pod stopą zazgrzytał, i po tych
odgłosach można było poznać, że wciąż posuwają się dalej. Zeszedłszy w nizinę, pan
Czarniecki zatrzymał się. Tu zostawił część ludzi, nie opodal już od szańców, pod wodzą
Janicza, Węgrzyna, starego i wytrawnego żołnierza, którym na ziemię rzucić się kazał, sam
zaś wziął się nieco w prawo i mając pod stopami miękką już ziemię, na której kroki nie
wydawały echa, począł szybciej prowadzić swój oddział.
Miał on bowiem zamiar obejść szaniec, uderzyć na uśpionych z tyłu i pędzić ich ku
klasztorowi na ludzi Janicza. Tę myśl poddał mu Kmicic, który idąc teraz koło niego z
szablą w ręku, szeptał:
- Szaniec pewnie jest tak wysunięty, że między nim a głównym obozem jest pusta
przestrzeń. Straże, jeśli jakie są, to przed szańcem, a nie z tamtej strony... Tak więc
obejdziemy ich swobodnie i wpadniemy na nich od tamtej strony, od której najmniej
spodziewają się napadu.
- Dobrze -odpowiedział pan Piotr - noga nie powinna ujść z tych ludzi.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional