lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 423

pożar mokrymi płachtami. Niektóre kule łupiąc belki i krokwie wpadały na strychy, i wnet
dym a woń spalenizny napełniała wnętrze budynków. Lecz i na strychach czyhali obrońcy z
beczkami wody. Najcięższe bomby przebijały nawet i pułapy. Mimo nadludzkich wysileń, mimo
czujności zdawało się, że pożoga prędzej czy później musi ogarnąć klasztor. Pochodnie i
kłęby konopne, spychane drągami z dachów, utworzyły pod ścianami stosy gorejące. Okna
pękały od żaru, a niewiasty i dzieci zamknięte w izbach dusiły się dymem i gorącem.
Ledwie pogaszono jedne pociski, ledwie wody spłynęły po zrębach, leciały nowe stada
rozpalonych kul, płonących szmat, skier, żywego ognia. Cały klasztor był nim objęty,
rzekłbyś: niebo otworzyło się nad nim i ulewa piorunów nań spada; jednak gorzał, a nie
palił się, płonął i nie zapadał w rumowisko; co więcej, wśród tego morza płomieni śpiewać
począł jak ongi młodzieńcy w piecu ognistym.
Albowiem tak samo jak dnia wczorajszego ozwała się pieśń z wieży z towarzyszeniem trąb.
Ludziom stojącym na murach i pracującym przy działach, którzy w każdej chwili mogli
sądzić, że tam już wszystko płonie i w gruzy się wali za ich plecami, pieśń ta była jakby
balsam kojący, zwiastowała im bowiem ciągle i ustawicznie, że stoi klasztor, stoi
kościół, że płomień dotąd nie zwyciężył wysileń ludzkich. Odtąd też weszło w zwyczaj
podobną harmonią osładzać sobie niedolę oblężenia i straszliwy krzyk srożącego się
żołnierstwa oddalać od uszu niewieścich.
Lecz i w obozie szwedzkim czyniła owa pieśń i kapela niemałe wrażenie. Źołnierze na
szańcach słuchali jej naprzód z podziwem, potem z zabobonnym strachem.
- Jak to? - mówili między sobą - rzuciliśmy na ów kurnik tyle żelaza i ognia, że niejedna
potężna twierdza z popiołem i dymem już by uleciała, a oni sobie wygrywają radośnie. Co
to jest?...
- Czary! -odpowiadali inni.
- Kule się tamtych ścian nie imają. Z dachów granaty staczają się, jakobyś bochenkami
rzucał. Czary! czary! - powtarzali. -Nic nas tu dobrego nie spotka!
Starszyzna nawet gotowa była przypisać tym dźwiękom tajemnicze jakieś znaczenie. Lecz
niektórzy tłumaczyli to inaczej, i Sadowski rzekł głośno umyślnie, aby go Miller mógł
słyszeć:
- Musi się im dobrze dziać, skoro się weselą, czyli że dotąd na próżno tylko napsuliśmy
tyle prochów.
- Których nie mamy wiele - rzekł książę Heski.
- Ale za to mamy wodza Poliocertesa - odrzekł Sadowski takim tonem, że nie można było
wyrozumieć, czy drwi, czy chce Millerowi pochlebić.
Lecz ten wziął to widocznie przeciw sobie, bo wąsa przygryzł.
- Zobaczymy, czy za godzinę będą jeszcze grali ! - rzekł zwracając się do swego sztabu.
I rozkazał podwoić ogień.
Lecz rozkazy jego spełniono zbyt gorliwie. W pośpiechu za wysoko podnoszono działa,
skutkiem czego kule poczęły przenosić. Niektóre dolatywały, szybując nad kościołem i
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional