lektory on-line

Krzyżacy - Strona 417

krzyżackich, więc w pobliżu Malborga ten i ów kmieć albo mieszczanin mógł się pochwalić
nie tylko dostatkiem, lecz i bogactwem. Ale w dalszych ziemiach samowola, srogość i
rozpasanie komturów deptały prawa, szerzyły ucisk i zdzierstwa, wyciskały z pomocą
nakładanych na własną rękę podatków albo i bez wszelkiego pozoru ostatni grosz, wyciskały
łzy, często krew, tak że w całych obszernych krainach jeden był jęk, jedna nędza i jedna
skarga. Jeśli nawet dobro Zakonu nakazywało, jak chwilami na Źmujdzi, większą łagodność -
i takie nakazy szły wniwecz wobec niesforności komturów i przyrodzonego im okrucieństwa.
Czuł się więc Konrad von Jungingen niby woźnicą, który rozhukanymi powodując końmi,
wypuścił lejce z rąk i zdał wóz na wolę losu. Często też opanowywały jego duszę złe
przeczucia, często przychodziły mu na myśl prorocze słowa:
"Postanowiłem ich pszczołami pożyteczności i utwierdziłem na progu ziem chrześcijańskich,
ale oto powstali przeciw mnie. Bo nie dbają o duszę i nie litują się ciał tego ludu,
który z błędu nawrócił się ku wierze katolickiej i ku mnie. I uczynili z niego
niewolników i nie nauczając go przykazań Bożych, i odejmując mu Sakramenta święte, na
większe jeszcze piekielne męki go skazują, niż gdyby był w pogaństwie pozostał. A wojny
toczą ku rozpostarciu swej chciwości. Przeto przyjdzie czas, iże wyłamane im będą zęby i
będzie ucięta im ręka prawa, a prawa noga im ochromieje, aby uznali grzechy swoje".
Mistrz wiedział, że owe wyrzuty, które tajemniczy Głos uczynił Krzyżakom w objawieniu
świętej Brygidy, były słuszne. Rozumiał, że gmach zbudowany na cudzej ziemi i cudzej
krzywdzie, wsparty na kłamstwie, podstępie, srogości, nie może się długo ostać. Bał się,
że podmywany od lat całych krwią i łzami, runie od jednego uderzenia potężnej ręki
polskiej; przeczuwał, że wóz, który ciągną rozhukane konie, musi skończyć w przepaści,
więc starał się, aby przynajmniej godzina sądu, gniewu, klęski i nędzy przyszła jak
najpóźniej. Z tej przyczyny, pomimo swej słabości, w jednym tylko stawiał niezłomny opór
swym dumnym i zuchwałym racjom: oto nie dopuszczał do walki z Polską. Próżno zarzucano mu
bojaźń i niedołęstwo, próżno pograniczni komturowie parli wszelkimi siłami do wojny. On,
gdy ogień miał już, już wybuchnąć, cofał się zawsze w ostatniej chwili, a potem Bogu
czynił dzięki w Malborgu, że mu się udało miecz podniesiony nad głową Zakonu zatrzymać.
Ale wiedział, że do tego przyjść musi. Więc owo przeświadczenie, że Zakon stoi nie na
prawie Bożym, ale na nieprawości i kłamstwie, i owo przeczucie bliskiego dnia zaguby
czyniło go jednym z najbardziej nieszczęsnych ludzi w świecie. Byłby niechybnie dał życie
i krew, gdyby mogło być inaczej i gdyby czas był jeszcze zawrócić na prawą drogę, ale sam
czuł, że już nie czas! Zawrócić - to by znaczyło oddać prawym posiadaczom całe ziemie
żyzne, bogate i pochwycone przez Zakon od Bóg wie jak dawna, a z nimi razem mnóstwo miast
tak bogatych jak Gdańsk. I nie dość! To znaczyło wyrzec się Źmujdzi, wyrzec się zamachów
na Litwę, włożyć miecze do pochew, wreszcie całkiem wynieść się z tych krain, w których
Zakon nie miał już kogo nawracać - i osiąść chyba znów w Palestynie lub na której z wysp
greckich, aby tam Krzyża od prawdziwych bronić Saracenów. Ale było to niepodobieństwem,
gdyż równałoby się wyrokowi zagłady na Zakon. Kto by się na to zgodził? i jakiż mistrz
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional