lektory on-line

Krzyżacy - Strona 391

się rzucić na Danusię i wyssać z niej ostatek życia. Widzenie to, a raczej poczucie,
bywało zwłaszcza wśród ciemnych nocy tak wyraźne, że nieraz porywała go rozpaczliwa chęć
zawrócić, wyzwać martwicę, jak się wyzywa rycerza, i potykać się z nią do ostatniego
tchu. Ale przy końcu drogi było jeszcze gorzej, czuł bowiem śmierć nie za orszakiem, ale
wśród samego orszaku, niewidzialną wprawdzie, ale tak bliską, iż obwiewało ich jej mroźne
tchnienie. I rozumiał już, że przeciw temu nieprzyjacielowi na nic męstwo, na nic krzepka
dłoń, na nic oręż, że trzeba będzie oddać bezradnie najdroższą głowę na łup bez walki.
I to było uczucie najstraszniejsze, albowiem łączył się z nim żal, niepohamowany jak
wicher, bezdenny jak morze. Jakże nie miała jęczeć, jakże nie miała się rwać z boleści w
Zbyszku dusza, gdy spoglądając na swoją kochaną, mówił jej jakby z mimowolną wymówką: "Na
to żem cię miłował, na tom cię odszukał i odbił, aby cię Jutro ziemią przysypać i nie
widzieć cię już nigdy?" A tak mówiąc, spoglądał na jej kwitnące gorączką policzki, na jej
mętne, nieprzytomne oczy i znów ją pytał: "Ostawisz mnie? Nie żal ci? Wolisz ode mnie niż
ze mną?" l wówczas myślał, że chyba i jemu samemu w głowie się pomiesza, piersi zaś
rozpierał mu jakby płacz przeogromny, ale zapiekły i nie mogący wybuchnąć, albowiem
tamowała mu ujście i jakaś złość, i jakiś gniew na tę bezlitosną siłę, która wywarła się
na niewinne dziecko, ślepa i zimna. Gdyby złowrogi Krzyżak znajdował się wówczas w
orszaku, byłby go poszarpał jak dziki zwierz.
Dobiwszy się do leśnego dworca, chciał się zatrzymać, ale tam na wiosnę było pusto. Od
stróżów dowiedział się przy tym, że oboje księstwo wybrali się do brata Ziemowita do
Płocka, poniechał więc zamiaru jechania do Warszawy, gdzie by dworski medyk mógł dać
chorej ratunek. Trzeba mu było ciągnąć do Spychowa, co było straszne, albowiem zdawało mu
się, iż wszystko już się kończy i że trupa tylko dowiezie Jurandowi.
Ale właśnie na kilka godzin drogi przed Spychowem padł znów na jego serce jaśniejszy
promyk nadziei. Policzki Danusi poczęły blednąć, oczy stawały się mniej mętne, oddech nie
tak głośny i mniej pośpieszny. Zbyszko spostrzegł to natychmiast i po niejakim czasie
nakazał ostatni postój, aby mogła spokojnie oddychać. Byli o milę może od Spychowa, z
dala od mieszkań ludzkich, na wąskiej drodze między polem a łąką, Ale stojąca w pobliżu
dzika grusza dawała ochronę od słońca, zatrzymali się więc pod jej gałęziami.
Pachołkowie, pozłaziwszy z koni, rozkiełznali je, aby łacniej im było szczypać trawę.
Dwie niewiasty najęte do posług przy Danusi i młodziankowie, którzy ją nieśli, znużeni
drogą i upałem pokładli się w cieniu i usnęli; tylko Zbyszko czuwał przy noszach i
siadłszy tuż na korzeniach gruszy, nie spuszczał z chorej oczu.
A ona leżała wśród popołudniowej ciszy, spokojnie, z przymkniętymi powiekami. Zbyszkowi
wydawało się jednakże, że nie śpi. Jakoż gdy na drugim końcu rozległej łąki koszący siano
chłop stanął i począł brzękać w kosę osełką, drgnęła lekko i otworzyła na chwilę powieki,
po czym przymknęła je zaraz; pierś jej podniosła się jakby głębszym oddechem, a z ust
wyszedł ledwie dosłyszalny szept:
- Kwiecie pachnie...
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional