lektory on-line

Krzyżacy - Strona 362

im z oczu, wszelako na połowie czasu między wschodem słońca a południem znaleźli go na
postoju. Powiedział im, że nie widział żywej duszy prócz wielkiego tura, przed którym
jednakże nie umykał, ponieważ zwierz pierwszy zeszedł mu z drogi. Natomiast o południu,
przy pierwszym posiłku, oświadczył, iż ujrzał chłopa, bartodzieja z leziwem, i nie
zatrzymał go tylko z obawy, że w głębi boru mogło się ich znajdować więcej. Próbował go o
to i owo wypytywać, ale nie mogli się rozmówić.
W czasie następnego pochodu Zbyszko począł się niepokoić. Co będzie, jeśli przyjadą w
okolice wyższe i suchsze, gdzie na twardym szlaku znikną widoczne dotąd ślady? Również
gdyby pościg trwał zbyt długo i doprowadził ich do kraju ludniejszego, w którym
mieszkańce przyzwyczaili się już z dawna do posłuszeństwa Krzyżakom, napad i odebranie
Danusi stałoby się prawie niepodobnym, albowiem choćby Zygfryda i Arnolda nie
ubezpieczyły mury jakiego zamku lub gródka, ludność miejscowa wzięłaby z pewnością ich
stronę.
Lecz na szczęście obawy te okazały się płonne, gdyż na następnym postoju nie znaleźli o
umówionej porze Sanderusa, a natomiast odkryli na sośnie, stojącej tuż przy drodze,
wielki zacios w kształcie krzyża, świeżo widocznie uczyniony. Wówczas spojrzeli na się i
spoważniały im twarze, a serca poczęły bić żywiej. Macko i Zbyszko zeskoczyli natychmiast
z siodeł,
by zbadać ślady na ziemi, i szukali pilnie, ale niedługo, gdyż same rzucały się w oczy.
Sanderus widocznie zjechał z drogi w bór, idąc za wyciskami wielkich kopyt, nie tak
głębokimi jak na gościńcu, ale dość wyraźnymi, grunt bowiem był tu torfiasty i ciężki koń
wtłaczał za
każdym krokiem igliwie hacelami, po których zostawały czarniawe po brzegach dołki.
Przed bystrymi Zbyszkowymi oczyma nie ukryły się i inne wyciski, więc siadł na koń, a
Maciek za nim i poczęli się naradzać z sobą i Czechem cichymi głosami, jakby
nieprzyjaciel był tuż.
Czech radził, by zaraz pójść piechotą, ale oni nie chcieli tego czynić, nie wiedzieli
bowiem, jak daleko przyjdzie im jechać borem. Piesi pachołkowie mieli ich jednak
poprzedzać i w razie dostrzeżenia czego dać im znać, aby byli w pogotowiu.
Jakoż niebawem ruszyli w bór. Drugi zacios na sośnie upewnił ich, iż nie stracili śladu
Sanderusa. Wkrótce też dostrzegli, że są na dróżce, a przynajmniej na perci leśnej, którą
nieraz ludzie musieli przechodzić. Wówczas byli już pewni, że znajdą jakąś osadę leśną, a
w niej tych, których szukają.
Słońce zniżyło się już nieco i świeciło złotem między drzewami. Wieczór zapowiadał się
pogodny. Bór był cichy, albowiem zwierz i ptactwo miało się ku spoczynkowi. Gdzieniegdzie
tylko wśród świecących w słońcu gałęzi migały wiewiórki, całkiem od wieczornych promieni
czerwone. Zbyszko, Macko, Czech i pachołcy jechali jeden za drugim, gęsiego. Wiedząc, że
piesi pachołcy znacznie są na przedzie i że w porę ostrzegą, stary rycerz mówił tymczasem
do bratanka, nie tłumiąc zbytnio głosu:
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional