lektory on-line

Syzyfowe prace - Stefan Żeromski - Strona 36

uczniów z klasy siódmej i ósmej najspokojniejsze psy miejskie, których głosu nikt nigdy nie słyszał,
szczekały zajadle, gdy przechodziła.
Pan Karol Przepiórkowski pobierał 50 rubli srebrem miesięcznej pensji. Codziennie rano, z
wyjątkiem niedziel i świąt uroczystych, był w biurze; codziennie po południu, nie wyłączając niedziel
i świąt uroczystych, grał w preferansa z dwoma przyjaciółmi i *dziadkiem*.
Przedmieście Wygwizdów leży w kotlince, ku której miasto Kleryków zsuwa się nieznacznie i w
której się zwęża, formując jedną długą i powykrzywianą ulicę. Domy tam są bardzo stare i okropnie
wilgotne, podwórza cuchnące, mieszkania ciemne i brudne. „Stara Przepiórzyca” mieszkała w
domostwie z dawien dawna noszącym przezwisko Cegielszczyzny. Gdy matka Marcinka otworzyła z
cicha drzwi z sieni na lewo i stanęła na progu, z głębokiego fotelu podniosła się na jej spotkanie
staruszka wysoka, czerstwa, okazała i bardzo jeszcze żwawa. Była ubrana czysto w szare odzienie i
duży biały czepiec z ogromnymi falbanami, które piętrzyły się na jej skroniach i na ciemieniu. Spod
tego czepka wysuwały się pasma włosów bielutkich jak mleko, a połyskujących jak czyste srebro.
Duża twarz babci była poprzecinana masą zmarszczek tworzących istne sieci komunikacyjne między
oczyma i ustami, między brodą i środkiem dolnej wargi. Skóra tej twarzy była biała, a raczej
popielata, białoszara. Wpośród zmarszczek nadających obliczu pani Przepiórkowskiej cechę
martwoty świeciły się żywo jej oczy duże, ruchliwe, ale już zupełnie wyblakłe i prawie zbielałe.
— Paniusia, moja sąsiadeczka! — zawołała staruszka z niekłamaną radością rozwierając ramiona. —
Oto mi dobry dzień nastał! Oto mi gość! Nastka! — krzyknęła głośniej w kierunku sionki, za którą
była kuchnia — przystawiaj mi zaraz *jembryk* do ognia, duży, odrutowany. Jeśli wygasło, to napal,
tylko przecie patyczkami… A cóż was tu do Klerykowa zagnało, moje złotko, a któż was też
natchnął?…
— Ten oto kawaler! — odrzekła pani Borowiczowa ukazując kawalera, który na ogół w takich razach
chętnie przebywać lubił za kotarą matczynej spódnicy.
— Prawda! Jedynak, *syngielton*! — krzyknęła stara, przyciskając głowę Marcinka do swej piersi i
wygniatając mu na policzkach kształt trzech dużych rogowych guzików swego kaftana.
— To już uczeń gimnazjum, moja pani, uczeń rzeczywisty… — wyszeptała przez łzy radości pani
Borowiczowa.
— Masz, diable, fartuszek! Taka historia! — zawołała stara, zwijając język w trąbkę i pogwizdując.
Za chwilę wyciągnęła rękę na stół i głębokim, stanowczym głosem, ze zmarszczonymi brwiami
spytała:
— Oddajesz go pani do mnie na stancję?
— Właśnie przyszłam…
Teraz staruszka upuściła z oczu kilka łez, które potoczyły się kanałami zmarszczek i zaświeciły
dopiero koło ust.
— Zobaczysz, że mu u mnie będzie dobrze. Już on u mnie zmarnować się nie zmarnuje, już ja jego
zrobię człowiekiem. Kiedy mój Teofil był taki oto smarkaty…
Zza kotary dzielącej izbę na dwie części wyszły jedna za drugą panny Przepiórkowskie i z oznakami
mniemanej radości rzuciły się do pani Borowiczowej.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, Alfabud, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie.

Valid XHTML 1.0 Transitional