lektory on-line

Krzyżacy - Strona 350

niemieccy nie mogli dosięgnąć mieczami jego ludzi, a tym czasem berdysze poczęły kruszyć
okrutnie golenie końskie. Poznał wówczas błękitny rycerz, że nadchodzi koniec bitwy i że
pozostaje tylko albo przebić się przez ten zastęp, który odcinał drogę powrotną, albo
zginąć.
Wybrał to pierwsze - i w mgnieniu oka z jego rozkazu ława rycerzy zwróciła się czołem w
stronę, z której nadeszła. Źmujdzini wnet wsiedli im na karki, atoli Niemcy, zarzuciwszy
na plecy tarcze i tnąc od przodu i na boki, rozerwali otaczający ich pierścień,
rozpuścili konie i poczęli gnać na kształt huraganu ku wschodowi. Skoczył im na spotkanie
ów oddział, który właśnie nadjeżdżał do bitwy, lecz zgniecion przez przewagę zbroić i
koni padł w jednej chwili pokotem jak łan zboża pod wichrem. Droga do zamku była wolna,
ale ocalenie dalekie i niepewne, albowiem konie żmujdzkie ściglejsze były od niemieckich.
Błękitny rycerz zrozumiał to doskonale.
"Biada! - rzekł sobie w duszy - nie uratuje się z nich nikt, chyba że własną krwią okupię
ich ratunek".
I pomyślawszy to, począł krzyczeć na najbliższych, aby wstrzymali konie, sam zaś zatoczył
koło - i nie bacząc, czy ktokolwiek posłuchał jego wezwania, zwrócił się czołem ku
nieprzyjacielowi.
Zbyszko biegł pierwszy, więc uderzył go Niemiec w zakrywający oblicze okap od hełmu, ale
go nie strzaskał i twarzy nie uszkodził. Wówczas Zbyszko zamiast odpowiedzieć cięciem na
cięcie chwycił rycerza wpół, związał się z nim i pragnąc koniecznie wziąć go żywcem,
usiłował wyciągnąć z siodła. Ale strzemię pękło mu od zbytniego parcia i spadli obaj na
ziemię. Przez chwilę tarzali się, walcząc rękoma i nogami, wnet jednak niezwykle krzepki
młodzian pokonał przeciwnika i przygniótłszy mu brzuch kolanami, trzymał pod sobą, jak
wilk trzyma psa, który ośmielił się stawić mu w gęstwinie czoło.
I trzymał niepotrzebnie, gdyż Niemiec zemdlał. Tymczasem nadbiegli Maćko i Czech, których
dostrzegłszy, Zbyszko począł wołać:
- Bywaj i wiąż! Znaczny to jakiś rycerz - i pasowany! Czech zeskoczył z konia, ale widząc
bezwładność rycerza, nie wiązał go, natomiast rozbroił, odpiął naramienniki, odjął pas z
wiszącą przy nim mizerykordią, poprzecinał rzemienie podtrzymujące hełm i - wreszcie
zabrał się do śrub zamykających przyłbicę.
Lecz zaledwie spojrzał w twarz rycerza, zerwał się i zawołał:
- Panie! panie! patrzcie tu jeno!
- De Lorche! - zakrzyknął Zbyszko. A de Lorche leżał z bladą, spotniałą twarzą i z
zamkniętymi oczyma, bez ruchu, do trupa podobny.
Rozdział XX
Zbyszko kazał go włożyć na jeden ze zdobycznych wozów, naładowanych nowymi kołami i
osiami dla owej wyprawy, która ciągnęła zamkowi w pomoc. Sam przesiadł się na innego
konia i ruszyli razem z Maćkiem w dalszą pogoń za pierzchającymi Niemcami. Nie była to
pogoń zbyt trudna, albowiem konie niemieckie złe były do ucieczki, zwłaszcza na znacznie
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional