lektory on-line

Krzyżacy - Strona 347

niepobożną pieśń, co łatwo było z samej nuty wymiarkować. Wsłuchawszy się, można również
było odróżnić, że śpiewa nie więcej niż kilkunastu ludzi, a tylko jeden wyraz powtarzają
wszyscy, który też wyraz rozlegał się jak grzmot po lesie.
I tak sobie szli ku śmierci, weseli i pełni ochoty.
- Wnet już ich ujrzym - rzekł Maćko.
Przy czym twarz zmierzchła mu nagle i nabrała jakiegoś wilczego wyrazu, gdyż dusza w nim
była nieużyta i zawzięta, a prócz tego nie odpłacił dotychczas za ów postrzał z kuszy,
który otrzymał wtedy, gdy dla ratowania Zbyszka wyprawił się z listem siostry Witoldowej
do mistrza.
Więc teraz poczęło się w nim burzyć serce, a zaś żądza pomsty oblała go jak ukrop.
"Nie będzie temu dobrze, któren się z nim pierwszy sczepi" - pomyślał Hlawa, rzuciwszy
okiem na starego rycerza.
Tymczasem powiew przyniósł wyraźnie okrzyk, który powtarzali wszyscy chórem: "Tandaradei!
tandaradei!" - i wraz Czech usłyszał słowa znajomej sobie pieśni:
Bi den rosen er wol mac
tandaradei!
merken wa mir 'z houbet lac...
Wtem pieśń urwała się, albowiem po obu stronach szlaku rozległo się krakanie tak gwarne i
rozgłośne, jakby w tym zakącie lasu odbywał się sejm kruków. Niemców zadziwiło jednak
to, skąd się mogło wziąć ich tyle i dlaczego wszystkie głosy odzywają się z ziemi, nie
zaś z wierzchołków drzew. Pierwszy szereg knechtów ukazał się właśnie na skręcie i stanął
jak wryty na widok nieznanych, stojących naprzeciw jeźdźców.
A Zbyszko w tej samej chwili pochylił się w siodle, uderzył konia ostrogami i skoczył:
- W nich!
Za nim skoczyli inni. Z obu stron boru podniósł się straszliwy okrzyk żmujdzkich
wojowników. Około dwustu kroków dzieliło Zbyszkowych ludzi od Niemców, którzy w mgnieniu
oka pochylili las dzid ku jeźdźcom, podczas gdy dalsze szeregi zwróciły się z równą
szybkością czołem ku obu stronom lasu, aby bronić się od napaści z boków. Byliby
podziwiali ową sprawność polscy rycerze, gdyby znaleźli czas na podziw i gdyby konie nie
niosły ich w największym pędzie ku błyszczącym, nastawionym grotom.
Pomyślnym dla Zbyszka wypadkiem jazda niemiecka znajdowała się z tyłu oddziału przy
wozach. Ruszyła ona wprawdzie zaraz ku swojej piechocie, ale ani przejechać przez nią,
ani jej ominąć, a tym samym i zasłonić od pierwszego uderzenia nie mogła. Otoczyło przy
tym ją samą mrowie Źmujdzinów, którzy poczęli się wysypywać z gąszczów jak jadowity rój
os, których gniazdo niebaczny podróżny nogą potrąci. Zbyszko uderzył się tymczasem razem
ze swoimi ludźmi o piechotę.
I uderzył bez skutku. Niemcy, powbijawszy tylne końce ciężkich włóczni i berdyszów w
ziemię, trzymali je tak równo i krzepko, że lekkie mierzyny żmujdzkie przełamać tego muru
nie mogły. Maćków koń, cięty berdyszem w goleń, wspiął się na tylne nogi, a następnie
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional