lektory on-line

Krzyżacy - Strona 345

leszczynowe krze i kępy młodej jedliny -jakby ich ziemia pochłonęła. Człowiek się nie
ozwał, koń nie parsknął. Od czasu do czasu koło zaczajonych ludzi przeciągał to drobny,
to gruby zwierz leśny i dopiero niemal otarłszy się o nich, rzucał się z przerażeniem i
fukiem w bok. Chwilami zrywał się powiew i napełniał bór szumem uroczystym i poważnym,
chwilami cichnął, a wówczas słychać było tylko odległe kukanie kukułek i bliskie kucie
dzięciołów.
Źmujdzini słuchali z radością tych odgłosów, albowiem szczególnie dzięcioł był dla nich
zwiastunem dobrej wróżby. Było zaś owych ptaków pełno w tym boru i kowanie dochodziło ze
wszystkich stron, usilne, szybkie, podobne jakby do pracy ludzkiej. Rzekłbyś, wszystkie
tam miały swe kuźnie i od wczesnego rana zabrały się do gorliwej roboty. Maćkowi i
Mazurom zdawało się, że słyszą cieślów pobijających krokwie na nowym domu, i przypomniały
im się strony rodzinne.
Lecz czas upływał i dłużył się, a tymczasem nic nie było słychać prócz szumu leśnego i
głosów ptactwa. Mgła leżąca na dole zrzedła, słońce podniosło się znacznie i jęło
przygrzewać, a oni leżeli ciągle. Wreszcie Hlawa, któremu znudziło się oczekiwanie i
milczenie, pochylił się do ucha Zbyszka i począł szeptać:
- Panie... Jeśli, da Bóg, żaden z psubratów nie ujdzie, czybyśmy nie mogli nocą pociągnąć
pod zamek, przeprawić się i zdobyć go niespodzianie?
- A to myślisz, że tam łodzi nie strzegą i hasła nie mają?
- Strzegą i mają - odszepnął Czech - ale jeńcy pod nożem hasło powiedzą, ba! sami się po
niemiecku do nich obezwą. Byle na wyspę się dostać, to sam zamek...
Tu przerwał, gdyż Zbyszko położył mu nagle dłoń na ustach, albowiem z gościńca doszło
krakanie kruka.
- Cichaj! - rzekł - to znak!
Jakoż we dwa pacierze później na szlaku zjawił się Źmujdzin na małym kudłatym koniu,
którego kopyta obwinięte były w skórę baranią, tak aby nie wydawały tętentu i nie
zostawiały śladów na błocie.
Jadąc, rozglądał się bystro na obie strony i nagle usłyszawszy z gąszczy odpowiedź na
krakanie, nurknął w las, a po chwili był już przy Zbyszku.
-Idą!...- rzekł.
Rozdział XIX
Zbyszko począł wypytywać śpiesznie, jak idą, ile jest jazdy, ilu knechtów pieszych, a
przede wszystkim, jak daleko się jeszcze znajdują. Z odpowiedzi Źmujdzina dowiedział się,
że oddział nie przenosi stu pięćdziesięciu wojowników, z tych pięćdziesięciu konnych, pod
wodzą nie Krzyżaka, lecz jakiegoś świeckiego rycerza, że idą w szyku, prowadząc za sobą
puste wozy, a na nich zapas kół, że przed oddziałem idzie w odległości dwóch strzeleń z
łuku "straża" złożona z ośmiu ludzi, która zjeżdża często gęsto z gościńca i bada bór i
gąszcza, a na koniec, że znajdują się o ćwierć mili.
Zbyszko nie bardzo był rad, że idą w szyku. Wiedział z doświadczenia, jak trudno jest w
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional