lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 319

podlaską, bądź ;na czasowe kwatery, w których łatwiej musiało być o żywność dla ludzi i
koni niż w mocno już wypłukanym Podlasiu.
Ale pan Kmicic nie chciał napotkać teraz słynnego pułkownika, albowiem sądził, że nie
mając innych dowodów, prócz słów, nie zdoła go przekonać o swym nawróceniu i szczerości
intencyj. Wskutek tego w dwóch milach od Szczuczyna kazał skręcić w stronę Wąsoszy, ku
zachodowi. Co do listu, który miał dla pana Wołodyjowskiego, postanowił przesłać go przez
pierwszą pewną okazję.
Tymczasem, nie dojeżdżając Wąsoszy, zatrzymali się w przydrożnej karczmie, ?Pokrzyk"
zwanej, i roztasowali się na nocleg, który obiecywał się być wygodny, bo w karczmie prócz
karczmarza Prusaka nie było nikogo z gości. Lecz zaledwie Kmicic z trzema Kiemliczami i
Soroką zasiedli do wieczerzy, gdy z zewnątrz dał się słyszeć hurkot kół i tętent koni.
Źe słońce jeszcze nie zaszło, Kmicic wyszedł przed karczmę popatrzeć, kto przyjeżdża, bo
był ciekaw, czy nie jaki podjazd szwedzki, ale zamiast Szwedów ujrzał brykę, za nią dwa
wozy i ludzi zbrojnych około wozów.
Na pierwszy rzut oka łatwo było poznać, że to jakiś personat nadjeżdża. Bryka była
zaprzężona w cztery konie, dobre, pruskie, o grubych kościach i malikowatych grzbietach,
foryś siedział na jednym z lejcowych, trzymając dwa psy piękne na smyczy; na koźle
woźnica, a obok hajduczek przybrany z węgierska, na tylnym zaś siedzeniu sam pan wsparty
pod boki, z wilczurą bez rękawów, spinaną na rzęsiste złocone guzy.
Z tyłu szło dwa wozy, dobrze pakowne, a przy każdym po czterech czeladzi zbrojnych w
szable i bandolety.
Sam pan był to człowiek bardzo jeszcze młody, choć personat, lat ledwie dwudziestu kilku.
Twarz miał pucołowatą, czerwoną, a i na całej osobie znać było, że sobie na jadło nie
żałował.
Gdy bryka stanęła, hajduczek skoczył rękę podawać, a pan ujrzawszy Kmicica stojącego w
progu, kiwnął rękawicą i zawołał:
- A bywaj no, przyjacielu!
Kmicic zamiast się zbliżyć cofnął się do karczmy, bo go nagle złość wzięła. Nie przywykł
jeszcze ani do szarej świty, ani do tego, by nań kiwano rękawicą. Wróciwszy tedy, siadł
za stołem i wziął się znowu do jadła. Nieznajomy pan wszedł w ślad za nim.
Wszedłszy przymrużył oczy, bo w izbie mroczno było, gdyż tylko na kominie palił się
niewielki ogień.
- A czemu to nikt nie wychodzi, gdy zajeżdżam? - rzekł nieznajomy pan.
- Bo karczmarz poszedł do komory - odparł Kmicic - a my podróżni jako i wasza mość.
- Dziękuję za konfidencję. A co za podróżny?
- Szlachcic z końmi jadący.
- A kompania takoż szlachta?
- Chudopachołcy, ale szlachta.
- Tedy czołem, czołem, mopankowie. Dokąd Bóg prowadzi?
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional