lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 317

dalej!... Szwedzi też mniej na chudopachołków zważają, bo się mrowie tego po wszystkich
jarmarkach kręci. A spyta nas jaki komendant, to mu się i wytłumaczym, zaś mniejszym
kupom można będzie, jeżeli Bóg i Najświętsza Panna pozwoli, po brzuchach przejechać...
- A jak nam konie zabiorą? - bo to rekwizycje w czasie wojny codzienna rzecz...
- Albo kupią, albo zabiorą. Jeśli kupią, tedy nie z końmi, ale niby po konie do Soboty
pojedziem, a jeśli zabiorą, podniesiemy lament i ze skargą będziem jechali aż do Warszawy
i Krakowa.
- Chytry masz rozum -rzekł Kmicic - i widzę, że mi się przydacie. Choćby też Szwedzi te
konie zabrali, to znajdzie się taki, który zapłaci.
- I tak ja miałem do Ełku, do Prus, z nimi jechać, to się dobrze składa, bo właśnie
tamtędy droga nam wypadnie. Z Ełku pojedziem granicą, potem wyprostujem na Ostrołękę, a
stamtąd puszczą aż pod Pułtusk i Warszawę.
- Gdzie to ona Sobota?
- Niedaleko Piątku, wasza miłość.
- Kpisz, Kiemlicz?
- Zaś bym śmiał - odrzekł stary krzyżując ręce na piersiach i skłaniając głowę - jeno się
tam tak dziwnie miasteczka nazywają. To za Łowiczem, wasza miłość, ale jeszcze kawał
drogi.
- I jarmarki znaczne w onej Sobocie?
- Nie takie jak w Łowiczu, ale jest jeden w tej porze, na który nawet i z Pruskonie
pędzą, i luda siła się zjeżdża. Pewnie tego roku nie będzie gorzej, bo tam spokojnie
Szwedzi wszędy panują i po miastach załogi mają. Choćby się kto chciał ruszyć, to i nie
może.
- Tedy przyjmuję twój sposób!...
- Pojedziemy z końmi, za które z góry ci zapłacę, ażebyś szkody nie miał.
- Dziękuję waszej miłości za poratowanie.
- Przygotuj jeno kożuchy, czapraki i szable proste, bo zaraz jedziem. A zapowiedz synalom
i czeladzi, ktom jest, jak się nazywam i że z końmi jadę, a wyście do pomocy najęci.
Ruszaj!
A gdy stary zwrócił się ku drzwiom, pan Andrzej rzekł jeszcze:
- I nie będzie mnie nikt nazywał miłością ni komendantem, ani pułkownikiem, jeno
waszecią, a z nazwiska Babiniczem!
Kiemlicz wyszedł i w godzinę później siedzieli już wszyscy na koniach, gotowi ruszyć w
daleką drogę.
Pan Kmicic, przybrany w szarą chudopacholską świtę, w takąż czapkę z wytartym barankiem i
z przewiązaną twarzą, jakby po jakim karczemnym pojedynku, trudny był do poznania i
wyglądał istotnie na szlachetkę włóczącego się z jarmarku na jarmark. Otaczali go ludzie
podobnie przybrani, zbrojni w proste szabliska i długie baty do popędzania koni oraz
arkany do chwytania rozbieganych.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional