lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 30

- Pokazaliśmy się jak kpy! - rzekł ze złością Ranicki - ale największy kiep Kokosiński!
- O zdrajco! Mnieś to łokciem pchał - trzeba ci było samemu ze swoją cętkowaną gębą
wystąpić!
- Zgodą, barankowie, zgodą! - rzekł Kmicic. - Dziwić się wam wolno, ale nie kłócić.
- Ja bym za nią w ogień skoczył! -zawołał Rekuć. - Zetnij, Jędrusiu, ale tego nie zaprę!
Kmicic jednak nie myślał ścinać, owszem, kontent był, wąsa pokręcał i triumfalnie na
towarzyszów poglądał. Tymczasem weszła panna Aleksandra ubrana już w kuni kołpaczek, pod
którym jasna jej twarz wydawała się eszcze jaśniejszą. Wyszli na ganek.
- To tymi saniami pojedziem? - pytała panienka ukazując na srebrzystego niedźwiedzia -
jeszczem też słuszniejszych sani w życiu nie widziała.
- Nie wiem, kto tam nimi przedtem jeździł, bo zdobyczne. Teraz my we dwoje będziemy
jeździli, i bardzo się nadadzą, gdyż i u mnie w herbie panna na niedźwiedziu się
prezentuje. Są inni Kmicicowie, którzy się Chorągwiami pieczętują, ale ci idą od Filona
Kmity Czarnobylskiego, a ten zaś znów nie był z tego domu, z którego wielcy Kmitowie się
wywodzili.
- A onego niedźwiadka kiedyżeś waćpan zdobył?
- A teraz, w tej już wojnie. My biedni exules, którzyśmy od fortun odpadli, to jeno mamy,
co wojna łupem da. A żem tej pani wiernie służył, więc i nagrodziła.
- Dałby Bóg szczęśliwszą, bo ta jednego nagrodzi, a całej ojczyźnie miłej łzy wyciska.
- Bóg to odmieni i hetmani.
To mówiąc Kmicic otulał panienkę fartuchem od sani, pięknym, z białego sukna i białymi
wilkami podszytym; potem sam siadł, krzyknął na woźnicę:
,, Ruszaj!" - i konie zerwały się z miejsca do biegu.
Zimne powietrze pędem uderzyło o ich twarze, więc zaniemówili i słychać było tylko świst
zmarzłego śniegu pod płozami, parskanie koni, tętent i krzyk woźnicy.
Wreszcie pan Andrzej pochylił się ku Oleńce:
- Dobrze waćpannie?
- Dobrze - odrzekła podnosząc zarękawek i przytulając go do ust, by pęd powietrza
zatamować.
Sanie gnały jak wicher. Dzień był jasny, mroźny. Śnieg migotał, jakby kto nań iskry
sypał; z białych dachów chat podobnych do kup śnieżnych strzelały wysokimi kolumnami dymy
różowe. Stada wron polatywały przed saniami wśród bezlistnych drzew przydrożnych z
krakaniem donośnym.
0 dwie staje za Wodoktami wpadli na szeroką drogę, w ciemny bór, który stał głuchy,
sędziwy i cichy, jakby spał pod obfitą okiścią. Drzewa, migotając w oczach, zdawały się
uciekać gdzieś w tył za sanie, a oni lecieli coraz prędzej i prędzej, jak gdyby rumaki
skrzydła miały. Od takiej jazdy głowa się zawraca i upojenie ogarnia, więc ogarnęło i
pannę Aleksandrę. Przechyliwszy się w tył, zamknęła oczy, całkiem pędowi się oddając.
Poczuła słodką niemoc i zdało jej się, że ten bojarzyn orszański porwał ją i pędzi
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional