lektory on-line

Krzyżacy - Strona 281

powrotu z dworu książęcego do Spychowa dawał zwykle wypoczynek ludziom i koniom. Mimo
woli uczynił to i teraz. Po chwili obaj ze Zbyszkiem znaleźli się w osobnej izbie. Nagle
Jurand zatrzymał się przed młodym rycerzem i utkwiwszy w nim wzrok, zapytał:
- Toś ty dla niej tu przywędrował? Ów zaś odpowiedział prawie szorstko:
- Myślicie, że się zaprę?
I począł patrzeć wprost w oczy Juranda, gotów na gniew gniewem wybuchnąć. Lecz na twarzy
starego wojownika nie było zawziętości, był tylko smutek prawie bez granic.
- I dzieckoś mi ratował? - spytał po chwili. - I mnieś odgrzebł?...
A Zbyszko spojrzał na niego ze zdziwieniem i obawą, czy mu się w głowie nie miesza, gdyż
Jurand powtarzał zupełnie te same pytania, które już poprzednio był zadał.
- Siądźcie sobie - rzekł - bo widzi mi się, żeście jeszcze słabi. Lecz Jurand podniósł
ręce, położył je na ramionach Zbyszka - i nagle przygarnął go z całą siłą do piersi; ów
zaś, ochłonąwszy z chwilowego zdumienia, chwycił go wpół i trzymali się tak długo, gdyż
przykuwały ich do siebie wspólne strapienia i wspólna niedola.
Gdy zaś się puścili, Zbyszko ścisnął jeszcze za kolana starszego rycerza, a następnie
począł całować go ze łzami w oczach po ręku.
- Nie będziecie mi przeciwni? - pytał. A na to Jurand odrzekł:
- Byłem ci przeciwny, bom ją w duszy Bogu ofiarował.
- Wyście ofiarowali ją Bogu, a Bóg mnie. Wola Jego!
- Wola Jego! - powtórzył Jurand - jeno trzeba nam teraz i miłosierdzia.
- Komuż Bóg pomoże, jeśli nie ojcu, który szuka dziecka, jeśli nie mężowi, który szuka
żony? Zbójom nie będzie ci pomagał.
- A przecie ją porwali - odpowiedział Jurand.
- To im de Bergowa oddacie.
- Oddam wszystko, co chcą.
Lecz na myśl o Krzyżakach zbudziła się w nim wnet stara nienawiść i objęła go jak
płomień, gdyż po chwili dodał przez zaciśnięte zęby:
- I dołożę, czego nie chcą.
- Jam im też poprzysiągł - odpowiedział Zbyszko - ale teraz trzeba nam do Spychowa.
I począł pilić, by siodłano konie. Jakoż, gdy zjadły obroki, a ludzie rozgrzali się
trochę w izbach, ruszono dalej, chociaż na dworze czynił się już mrok. Ponieważ droga
była jeszcze daleka, a na noc brał mróz okrutny, przeto Jurand i Zbyszko, którzy nie
odzyskali jeszcze wszystkich sił, jechali w saniach. Zbyszko opowiadał o stryjcu Maćku,
do którego w duszy tęsknił, i żałował, że go nie ma, gdyż zarówno mogło się przydać jego
męstwo, jak chytrość, która przeciw takim nieprzyjaciołom więcej jeszcze od męstwa jest
potrzebna. W końcu zwrócił się do Juranda i zapytał:
- A wyście chytrzy?... Bo ja - to nijak nie potrafię.
- I ja nie - odpowiedział Jurand. - Nie chytrością ja z nimi wojował, jeno tą ręką i tą
boleścią, która we mnie ostała.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional