lektory on-line

Krzyżacy - Strona 280

Tu przerwał Zbyszko, czekając na jakieś słowo z ust Juranda, lecz gdy ów milczał, jął
mówić dalej:
- W leśnym dworcu Bóg mi dał, żem i panią, i Danuśkę od tura na łowach zratował. I zaraz
pani mówiła: "Teraz już Jurand nie będzie przeciwny, bo jakoże mu się nie wypłacić za
taki uczynek?" Ale ja i wtedy bez waszego rodzicielskiego pozwo-leństwa nie myślałem jej
brać. Ba! i nijak mi było, bo mnie zwierz luty tak starmosił, że ledwie duszy ze mnie nie
wyżenął. Ale potem - wiecie - przyszli ci ludzie po Danuśkę, by ją niby do Spychowa
powieźć, a jam jeszcze z łoża nie wstawał. Myślałem, że już jej nigdy nie ujrzę.
Myślałem, że ją do Spychowa weźmiecie i komu innemu oddacie. W Krakowie byliście mi
przecie przeciwni... Jużem myślał, że zamrę. Hej, mocny Boże, co to była za noc! Nic,
jeno strapienie; nic, jeno żałość! Myślałem, że jak mi ona odjedzie, to już i słońce nie
wzejdzie. Wyrozumcie wy ludzkie kochanie i ludzką boleść...
I aż łzy zadrgały na chwilę w głosie Zbyszka, ale że serce miał mężne, więc się opanował
i rzekł:
- Ludzie przyjechali po nią w wieczór i chcieli ją zaraz brać, ale księżna kazała im
czekać do rana. Aż tu Pan Jezus zesłał mi myśl, aby się księżnie pokłonić i o Danuśkę ją
prosić. Myślałem, że jeśli zamrę, to choć tę jedną będę miał pociechę. Wspomnijcie, że
dziewczyna miała jechać, a ja ostawałem chory i śmierci bliski. Nie było też czasu prosić
was o pozwoleństwo. Księcia nie było już w leśnym dworcu, więc wagowała się Pani na obie
strony, bo nie miała się kogo poradziać. Ale zlitowali się wreszcie oboje z księdzem
Wyszońkiem nade mną - ksiądz Wyszoniek dał nam ślub... Moc boska, prawo boskie...
A Jurand przerwał głucho:
- I kara boska.
- Czemu zaś ma być kara? - zapytał Zbyszko. - Pomiarkujcie jeno, że przysłali po nią
przed ślubem i czyby był, czyby go nie było, tak samo by ją powieźli.
Lecz Jurand znów nie odrzekł nic i jechał zamknięty w sobie, mroczny i z twarzą tak
skamieniałą, że Zbyszko, lubo zrazu uczuł ulgę, jaką sprawia zawsze wyznanie rzeczy długo
tajonej, zląkł się wreszcie i począł mówić sobie w duszy z coraz większym niepokojem, że
stary rycerz zaciął się w gniewie i że odtąd będą dla siebie jak obcy i nieprzyjaźni
ludzie.
I przyszła nań chwila wielkiego pognębienia. Nigdy, od czasu jak wyjechał z Bogdańca, nie
było mu tak źle. Zdawało mu się teraz, że nie ma żadnej nadziei ni przejednania Juranda,
ni, co gorsza, uratowania Danusi, że wszystko na nic i że w przyszłości spadną na niego
tylko coraz większe nieszczęścia i coraz większa niedola. Ale pognębienie to trwało
krótko, a raczej zgodnie z jego naturą wnet zmieniło się w gniew, chęć sporu i walki.
"Nie chce zgody - mówił sobie, myśląc o Jurandzie - niech będzie niezgoda, niech będzie
co chce!" I gotów był skoczyć do oczu samemu Jurandowi. Chwyciła go też żądza bitki z
kimkolwiek o cokolwiek, byle coś robić, byle dać ujście żalom, goryczy i gniewowi, byle
znaleźć jakowąś ulgę.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional