lektory on-line

Chłopi - Władysław Reymont - Strona 273

— A wyszedłem zmówić pacierze i przypilnować konisków, bo Walek poleciał do dworu. Ale takie znarowione szkodniki, że niech Bóg broni, rady nie mogę sobie dać z nimi. Patrz, jak się Kłębowi wysypało koniczyny, jak bór! Z mojego nasienia… Za to moją tak wymroziło, że został się tylko rumianek i osty! — westchnął żałośnie, przysiadając na kamieniu. — Siadajże, to sobie pogadamy! śliczna pora! Za jakie trzy tygodnie zadzwonią kosy! No, mówię ci!…
Antek przysiadł w podle i zaczął z wolna rozpowiadać, z czym był przyszedł. Proboszcz słuchał uważnie, tabakę zażywał i na konie krzyczał raz po raz, kichając przy tym siarczyście.
— A gdzie! Ślepyś, że cudze? Widzisz je, świntuchy znarowione!…
Antkowi szło jakoś niesporo, zająkiwał się i plątał.
— Widzę, że ci coś ciężkiego dolega. Wyznaj się szczerze, to ci ulży, wyznaj! Przed kimże duszę wyżalisz, jak nie przed księdzem? — Pogładził go po głowie i uczęstował tabaką, że Antek nabrawszy śmiałości rozpowiedział mu wszystkie swoje frasunki.
Ksiądz długo ważył jego słowa, wzdychał i w końcu rzekł:
— Ja bym ci za borowego naznaczył pokutę kościelną: stawałeś w ojcowej obronie, a że był łajdus i luter, to niewielka stała się szkoda! Ale sądy ci nie darują. Najmniej posiedzisz ze cztery lata! I co ci tu radzić? Mój Boże, i w Ameryce ludzie żyją, i z kryminału też wracają. Ale jedno złe i drugie też nie lepsze.
Był za tym, żeby Antek uciekał choćby jutro, to znowu radził pozostać i odsiedzieć karę, a na ostatku powiedział:
— Jedno, co pewna: zdać się na Opatrzność i czekać zmiłowania Bożego.
— Hale, i wezmą me w dybki, w Sybir pognają…
— Wielu jednak powraca, sam znałem niejednego…
— Juści, jeno co to po latach zastanę w chałupie, co? A bo to kobieta da sama radę? Zmarnuje się wszystko! — szeptał bezradnie.
— Z duszy serca rad bym ci pomógł, ale cóż ja mogę… Czekaj, mszę świętą odprawię do Przemienienia Pańskiego na twoją intencję. Zapędź mi konie do stajni, późno! No, mówię ci, późno, czas spać!
Antek tak był przejęty turbacjami, że wyszedłszy z księżego podwórza dopiero przypomniał sobie Jagusię i spiesznie do niej poleciał.
Juści, co już czekała skulona pod stodołą.
— Czekałam i czekałam!
Głos miała jakby schrypnięty od rosy.
— Mogłem się to księdzu wymówić? — Chciał ją objąć, odepchnęła go.
— Nie figle mi ta w głowie, nie ceckania!
— Dyć cię całkiem nie poznaję! — Czuł się dotknięty.
— Jakąś me ostawił, takusieńką i jestem…
— A niepodobna do się… — Przysunął się bliżej.
— Nie zafrasowałeś się o mnie bez tyla czasu, a teraz się dziwujesz?
— Że już i barzej nie sposób, ale mogłem to przylecieć do cię, co?
— A ja ostałam jeno z trupem a ze zgryzotami! — Zatrzęsła się z zimna.
— I ani ci w głowie postało zajrzeć do mnie, co inszego miałaś w myślach!…
— Czekałeś to me, Jantoś, czekałeś? — wyjąkała niedowierzająco.
— I jak jeszcze! A to kiej ten głupi co dnia wisiałem u kraty i oczy wypatrywałem za tobą, i co dnia cię czekałem! — Nagły żal nim zatrząsł.
— Jezu kochany! A tak me skląłeś tam za brogiem! A takiś przódzi był zły! A kiej cię brali, to aniś spojrzał na mnie, aniś przemówił… Dobrze baczę, miałeś to dobre słowo la wszystkich, nawet la psa jeno nie la mnie! To już myślałam, że się wścieknę!
— Nie miałem złości do cię, Jaguś, nie. Ale jak się dusza człowiekowi zapiecze w zgryzocie, to by i siebie, i wszystek świat wytracił…
Milczeli stojąc tuż przy sobie, biedro w biedro. Księżyc świecił im prosto w twarze. Dyszeli ciężko, szarpani gryzącymi spominkami, oczy im pływały w zakrzepłych łzach żalów i udręki.
— Nie tak to me kiedyś witałaś! — rzekł smutnie.
Rozpłakała się nagle i rzewliwie kiej dzieciątko.
— Jakże cię to mam witać, jak? Małoś to me już pokrzywdził i sponiewierał, że tera ludzie patrzą na mnie kiej na tego psa…
— Ja cię sponiewierałem? To przeze mnie? — Gniew go przejął.
— A przez ciebie! Przez ciebie wygnała me z chałupy ta flądra, to świńskie pomietło! Przez ciebie poszłam na pośmiech całej wsi…
— A wójta to już nie baczysz? a drugich, co? — buchnął groźnie.
— Wszyćko bez ciebie! Wszyćko! — szeptała coraz bardziej rozżalona. — A czemuś me do się zniewolił jak tego psa? Miałeś przecież swoją kobietę. Głupia byłam, a tyś me tak opętał, co już świata Bożego za tobą nie widziałam! I czemuś me potem ostawił samą, na pastwę?
Ale i on porwany żalami zasyczał przez zaciśnięte zęby:
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional