lektory on-line

Chłopi - Władysław Reymont - Strona 266

— A poredzi, jak potrza, i kijem ziobra zmacać! — zaśmiał się Mateusz.
Rozeszli się, ostał jeno pod oknem Antek z kowalem, bo Rocho klęczał na ganku zatopiony w pacierzach.
Długo deliberowali w głębokiej cichości. Że słychać było jeno Hankę krzątającą się po izbie; strzepywała pościele, obłócząc w czyste poszewki, to myła się długo jakby na jakie wielkie święto, a potem rozczesując włosy pod oknem wyzierała na nich coraz niecierpliwiej, pilnie nadstawiając uszów, gdy kowal zaczął mu cicho odradzać, aby sprawy poniechał, gdyż z chłopami nie trafi do ładu, a dziedzic jest mu przeciwny.
— Nieprawda! poręczył za nim w sądzie! — rzuciła przez okno.
— Kiej lepiej wiecie, to mówmy o czym drugim… — zły był jak pies.
Antek powstał przeciągając się sennie.
— To ci jeno rzeknę na ostatku: puścili cię jeno do sprawy, prawda? zwiążesz się w cudze jenteresa, a wiesz to, jak cię zasądzą?…
Antek przysiadł z powrotem i tak się srodze zamedytował, że kowal nie doczekawszy się odpowiedzi poszedł do domu.
Hanka kręciła się kole okna, raz po raz wyglądając na niego, nie dosłyszał, że ozwała się w końcu lękliwie a prosząco:
— Pódzi, Jantoś, pora spać… Utrudziłeś się dzisia niemało…
— Idę, Hanuś, idę… — podnosił się ociężale.
Jęła się prędko rozdziewać szepcąc pacierz roztrzęsionymi wargami.
— A jak me zasądzą na Syberię, to co? — myślał frasobliwie, wchodząc do izby.
— Pietrek, przynieś no drewek — krzyknęła sprzed domu Hanka, rozmamłana była całkiem i omączona przy wyrabianiu chleba.
W szabaśniku huczał już tęgi ogień, przegarniała go raz po raz i leciała obtaczać bochny i wynosić je w ganek, na deskę ździebko wystawioną w słońcu, bych prędzej rosły. Zwijała się siarczyście, gdyż ciasto prawie już kipiało z wielkiej dzieży, przyokrytej pierzyną.
— Józka, dorzuć do pieca, bo trzon jeszczek czarniawy!
Ale Józki nie było, a Pietrek też się nie kwapił z posłuchem, nakładał w podwórzu gnój, oklepując czubaty wóz, bych się nie roztrzęsał po drodze, i spokojnie poredzał ze ślepym dziadem, któren pod stodołą wykręcał powrósła.
Popołudniowe słońce tak jeszcze przypiekało, że ściany popuszczały żywicą, parzyła ziemia i powietrze prażyło kiej żywym ogniem, że już ruchać się było ciężko. Muchy jeno kręciły się z brzękiem nad wozem i konie dziw nie porwały postronków i nóg nie połamały szarpiąc się i oganiając od ukąszeń.
Nad podwórzem wisiała senna, przygniatająca spieka, przejęta ostrym zapachem gnoju, że nawet ptaki w sadzie pocichły, kury leżały pod płotami kieby nieżywe, a prosiaki z pojękiwaniem rozwalały się w błocie pod studnią, gdy naraz dziad zaczął srogo kichać, bowiem z obory zawiało jeszcze barzej.
— Na zdrowie wama, dziadku!
— Nie z trybularza wieje, nie, a chociem i tego zwyczajny, ale zawierciło w nosie gorzej tabaki.
— Kto czego zwyczajny, to mu smakuje!
— Głupiś, cóż to, łajno jeno wywąchuję po świecie!…
— Rzekłem, bo mi się przybaczyło, co tak mi pedział mój dziadźka we wojsku, kiej me przy uczeniu pierwszy raz sprał po pysku…
— I wzwyczaiłeś się do tego, co? Hi! hi! hi!…
— Hale, bogać ta, kiej rychło sprzykrzyła mi się taka nauka, że przycapiłem ścierwę w jakimś kącie i tak mu pysk wyrychtowałem, jaże spuchnął niby bania. Już me potem nie bijał…
— Długoś to służył?
— A całe pięć roków! Nie było się czym wykupić, to i musiałem rużie dźwigać. Jeno zrazu, pókim był głupi, to potyrał mną, kto chciał, i biedym się najadł, ale kamraty me nauczyły, że jak czego brakowało, tośwa zworowali abo dała jedna dzieucha, służanka, bom obiecał się z nią ożenić! A jak me przezywały od kartoszków, jak się śmiały z mojej mowy i naszego pacierza…
— A poganiny zapowietrzone, śmiały się z pacierza.
— Tom każdemu z osobna pomacał żebra i poniechały!
— Cie, takiś to mocarz!
— Mocarz, nie mocarz, ale trzem radę dam! — przechwalał się z uśmiechem.
— Byłeś to na wojnie, co?
— Jakże, przeciem z Turkami wojował. Pokorzylim ich do cna!
— Pietrek, kajże to drzewo? — zawołała znowu Hanka.
— A tam, kaj było przódzi! — odburknął pod nosem.
— Dyć gospodyni cię woła — upominał nasłuchujący dziad.
— Niech woła, a juści, może jeszczek statki mył będę!
— Głuchyś czy co? — wrzasnęła wybiegając przed dom.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional