lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 265

Łupież bywała ich głównym celem.
Nieraz były też to watahy niby do wojsk Zołtareńki należące, a w rzeczy nie uznające nad
sobą niczyjej buławy - po prostu oddziały zbójeckie, tak zwane ?partie", nad którymi
czasem i miejscowi opryszkowie mieli komendę. Te, unikając spotkania w polu z wojskiem, a
nawet z pachołkami miejskimi, napadały pomniejsze wsie, dwory i podróżników.
Gromiła ich szlachta na własną rękę ze swymi dworskimi ludźmi i ubierała nimi sosny
przydrożne, jednakże łatwo było w lasach natknąć się na spore ich oddziały, i dlatego
musiał pan Andrzej zachowywać teraz nadzwyczajną ostrożność.
Lecz nieco dalej, w Pilwiszkach nad Szeszupą, zastał już pan Kmicic ludność spokojnie na
miejscu siedzącą. Mieszczanie opowiedzieli mu jednak, że nie dawniej jak parę dni temu
napadł na starostwo potężny oddział Zołtareńki, do pięciuset ludzi liczący, który byłby
wedle zwyczaju w pień wyciął ludzi, a miasto puścił z dymem, gdyby nie niespodziewana
pomoc, która jakoby z nieba im spadła.
- Boguśmy się już polecali - mówił dzierżawca zajazdu, u którego pan Andrzej kwaterą
stanął - gdy wtem święci Pańscy zesłali jakowąś chorągiew. Myśleliśmy zrazu, że nowy
nieprzyjaciel, a to byli swoi. Skoczyli tedy wraz na Zołtareńkowych hultajów i w godzinę
mostem ich położyli, ile że i z naszej strony pomoc była.
- Cóż to była za chorągiew? - pytał pan Andrzej.
- Niech im Bóg da zdrowie!... Nie opowiadali się, co za jedni, my też nie śmieli pytać.
Popaśli koniom, wzięli, co było siana i chlebów, i pojechali.
- Ale skąd przyszli i dokąd poszli?
- Przyszli od Kozłowej Rudy, a poszli na południe. My też, cośmy już wprzód chcieli w
lasy uciekać, tośmy rozmyśliwszy się zostali, bo nam pan podstarości powiedział, że po
takiej nauce nieprędko nieprzyjaciel do nas zajrzy.
Kmicica mocno zainteresowała wiadomość o owej bitwie, więc pytał dalej :
- I nie wiecie, kto tej chorągwi pułkownikuje?
- Nie wiemy, aleśmy pułkownika widzieli, bo na rynku z nami rozmawiał. Młody on i
misterny jako igła. Nie wygląda na takiego wojownika, jakim jest...
- Wołodyjowski! -zakrzyknął pan Kmicic.
- Czy on Wołodyjowski, czy nie, niech mu się ręce święcą, niechaj mu Bóg hetmanem pozwoli
zostać!
Pan Andrzej zadumał się głęboko. Widocznie szedł tąż samą drogą, którą kilka dni temu
przeciągnął pan Wołodyjowski z laudańskimi ludźmi. Jakoż było to naturalne, bo obaj
zdążali na Podlasie. Ale panu Andrzejowi przyszło na myśl, że przyspieszając podróż łatwo
mógł natknąć się na małego rycerza i wpaść w jego ręce, a w takim razie wszystkie listy
radziwiłłowskie dostałyby się z nim razem w moc konfederatów. Wypadek podobny mógł
zwichnąć całą jego misję i Bóg wie jakie szkody przynieść radziwiłłowskiej sprawie. Z
tego powodu postanowił pan Andrzej pozostać parę dni w Pilwiszkach, aby laudańska
chorągiew miała czas odjechać jak najdalej.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional