lektory on-line

Krzyżacy - Strona 265

- Bo ogień przygasł.
Tymczasem wjechali jednak rzeczywiście do miasta. Zaspy śniegowe leżały tam na ulicach
jeszcze większe, tak wielkie, że w wielu miejscach zakrywały niemal okna, z którego to
powodu, błądząc za miastem, nie mogli dojrzeć świateł. Ale natomiast wicher mniej tu
dawał się we znaki. Na ulicach były pustki, mieszczanie siedzieli już przy wilii. Przed
niektórymi domami chłopcy z jasłeczkami i z kozą śpiewali, mimo zamieci, kolędy. Na rynku
też było widać ludzi poowijanych w grochowiny i udających niedźwiedzi, ale w ogóle było
pusto. Kupcy, którzy towarzyszyli Zbyszkowi i innej szlachcie w drodze, zostali w
mieście, owi zaś jechali dalej do starego zamku, w którym mieszkał książę i który mając
już szyby szklane, zajaśniał przed nimi wesoło mimo zawiei, gdy podjechali bliżej.
Zwodzony most na rowie był spuszczony, gdyż dawne czasy litewskich napadów minęły, a
Krzyżacy, przewidując wojnę z królem polskim, sami szukali przyjaźni księcia
mazowieckiego. Jeden z ludzi książęcych zadął w róg i wnet otworzono bramę. Było przy
niej kilkunastu łuczników, ale na murach i blankach ani żywej duszy, gdyż książę pozwolił
strażom zejść. Naprzeciw gości wyszedł stary Mrokota, który już był przyjechał przed
dwoma dniami, i powitawszy ich w imieniu księcia, zaprowadził do izb, w których mogli się
przybrać godniej do stołu.
Zbyszko począł go zaraz wypytywać o Juranda ze Spychowa, ów zaś odrzekł, że go nie ma,
ale się go spodziewają, gdyż obiecał przecie przyjechać, a gdyby był zachorzał mocniej,
to dałby znać. Wysłali jednak naprzeciw kilkunastu jeźdźców, bo takiej zawiei najstarsi
ludzie nie pamiętają.
- To może niezadługo tu będą.
- Wiera, że niezadługo. Księżna kazała postawić dla nich miski przy wspólnym stole.
Więc Zbyszko, choć zawsze strach mu było trochę Juranda, uradował się w sercu i mówił
sobie: "Choćby też nie wiem, co czynił, tego nie odrobi, że to żona moja przyjeżdża, moja
niewiasta, moja Danuśka najmilsza!" I gdy sobie to powtarzał, ledwie własnemu szczęściu
mógł uwierzyć. Po czym pomyślał, że może mu tam już wszystko wyznała, może go przejednała
i uprosiła, żeby ją zaraz oddał. "Po prawdzie, to i cóż ma lepszego do zrobienia? Jurand
jest chłop mądry i wie, że choćby mi jej bronił, to ją i tak wezmę, bo moje prawo
mocniejsze".
Tymczasem, przebierając się, rozmawiał z Mrokota, wypytując o zdrowie księcia, a
szczególnie księżny, którą jeszcze od bytności w Krakowie pokochał jak matkę. Rad też
był, dowiedziawszy się, że w zamku wszyscy zdrowi i weseli, chociaż księżna wielce po
swojej miłej śpiewaczce tęskniła. Grywa jej teraz na luteńce Jagienka, którą księżna dość
lubi, ale już nie tak.
- Jaka Jagienka? - zapytał ze zdziwieniem Zbyszko.
- Jagienka z Długolasu, wnuczka starego pana z Długolasu. Gładka dziewka, w której się ów
Lotaryńczyk rozkochał.
- To pan de Lorche tu jest?
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional