lektory on-line

Krzyżacy - Strona 261

- Mówiłem, że chcę do Prus - rzekł Sanderus - ale jakże mi tam samemu iść w takie śniegi?
Wilcy mnie zjedzą, nim pierwsza gwiazda zejdzie, a tu też nie mam po co ostawać. Wolej mi
w mieście ludzi pobożnością budować, świętym towarem ich darzyć i z diabelskich obierzy
ratować, jakom Ojcu wszystkiego chrześcijaństwa w Rzymie zaprzysiągł. A prócz tego
okrut-niem waszą miłość pokochał, więc jej nie opuszczę przed odejściem do Rzymu, bo może
się zdarzy i jakową przysługę oddać.
- Zawsze on za was, panie, gotów zjeść i wypić - rzekł na to Czech - i taką przysługę
najbardziej rad by oddać. Ale jeśli nas za wielka chmara wilków w przasnyskim boru
opadnie, to im go rzucim na odprawę, bo na nic lepszego się nie przy godzi.
- A wy patrzcie, by wam grzeszne słowo do wąsów nie przy-marzło - odparł Sanderus - gdyż
takowe sople tylko w piekielnym ogniu topnieją.
- O wa! - rzekł Głowacz, sięgając rękawicą do wąsów, które ledwie poczynały mu się sypać
- pierwej spróbuję zagrzać piwa na popasie, ale tobie go nie dam.
- A przykazanie jest: spragnionego napoić. Nowy grzech!
- To ci dam wiadro wody, a tymczasem naści, co mam pod ręką.
I tak mówiąc, nabrał śniegu, ile mógł dwiema rękawicami objąć, i rzucił nim w brodę
Sanderusa, ale ów uchylił się i rzekł:
- Nic po was w Ciechanowie, bo tam już jest chowany niedźwiadek, co śniegiem praska.
Tak to oni przekomarzali się ze sobą, dosyć się lubiąc wzajemnie. Zbyszko jednakże nie
zabronił Sanderusowi jechać ze sobą, albowiem cudaczny ów człowiek bawił go, a zarazem
zdawał się być istotnie do niego przywiązany. Ruszyli więc z dworca leśnego jasnym
rankiem w mróz tak wielki, że trzeba było konie okrywać. Cała kraina leżała pod obfitym
śniegiem. Dachy chat ledwie było spod niego widać, a miejscami dymy zdawały się wychodzić
wprost z białych zasp i szły w górę strzeliste, różowe od poranku, rozszerzone u szczytu
w kiście, podobne do rycerskich pióropuszów.
Zbyszko jechał na wozie, raz, dla zaoszczędzenia sił, a po wtóre, dla wielkiego zimna,
przed którym łatwiej się było uchronić w wymoszczonych sianem i skórami wozach. Kazał też
Głowaczowi przysiąść się do siebie i mieć kuszę na podorędziu od wilków, tymczasem zaś
gawędził z nim wesoło.
- W Przasnyszu - rzekł - jeno konie popasiem, rozgrzejem się i zaraz ruszymy dalej.
- Do Ciechanowa?
- Naprzód do Ciechanowa państwu się pokłonić i nabożeństwa zażyć.
- A potem? - pytał Głowacz. Zbyszko uśmiechnął się i odrzekł:
- Potem, kto wie, czy nie do Bogdańca.
Czech spojrzał na niego ze zdziwieniem. W głowie błysnęła mu myśl, że może młody pan
wyrzekł się Jurandówny, i wydało mu się to tym podobniejszym do prawdy, ponieważ
Juran-dówna wyjechała, o uszy zaś Czecha odbiła się w leśnym dworcu wiadomość, że pan na
Spychowie przeciwny był młodemu rycerzowi. Więc ucieszył się poczciwy giermek, bo chociaż
miłował Jagienkę, ale patrzał na nią tak jak na gwiazdę na niebie i rad by był okupić jej
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional