lektory on-line

Krzyżacy - Strona 259

- Noc już bieleje i dzień się czyni. Ave Maria, gratia plena...
Po czym wyszedł z izby i wróciwszy po niejakim czasie, rzekł:
- Dnieje, chociaż będzie ciemny dzień. To Jurandowi ludzie konie poją. Czas ci do drogi,
niebogo!...
Na te słowa i księżna, i Danusia uderzyły w głośny płacz i obie wraz ze Zbyszkiem poczęły
wyrzekać, tak jak wyrzekają ludzie prości, gdy im przychodzi się rozstać, to jest, że
było w tym wyrzekaniu coś obrządkowego i zarazem jakby pół zawodzenie, pół śpiewanie,
które wylewa się z dusz polnych tak przyrodzoną drogą, jak leją się łzy z oczu.
Hej! nie pomoże już nic płakanie, Już cię żegnamy, miłe kochanie, Już płakanie nie
pomoże, Już żegnamy cię, nieboże, Źegnamy cię - hej!...
Lecz Zbyszko przytulił po raz ostatni Danusię do piersi i trzymał ją długo, dopóty,
dopóki mu tchu starczyło i dopóki księżna nie oderwała jej od niego, aby ją przebrać na
drogę.
Tymczasem rozedniało zupełnie. We dworcu rozbudzili się wszyscy i poczęli się krzątać. Do
Zbyszka wszedł Czech, giermek, dowiedzieć się o zdrowie i pytać o rozkazy.
- Przyciągnij łoże do okna - rzekł mu rycerz.
Czech przyciągnął z łatwością łoże do okna, ale zdziwił się, gdy Zbyszko kazał mu je
otworzyć - usłuchał jednak i tego rozkazu, nakrył tylko pana własnym kożuchem, gdyż na
dworze chłodno było, choć chmurno - i padał śnieg miękki a obfity.
Zbyszko począł patrzeć: na dziedzińcu przez lecące z chmur płatki śniegowe widać było
sanki, wokół nich siedzieli na zszerszeniałych i dymiących koniach ludzie Jurandowi.
Wszyscy byli zbrojni, a niektórzy mieli blachy na kożuchach, w których przeglądały się
blade i posępne promienie dnia. Las zasuło całkiem śniegiem; płotów i kołowrota prawie
nie można było dojrzeć.
Danusia wpadła jeszcze do izby Zbyszka cała już zakutana w kożuszek i lisią szubę;
jeszcze raz objęła za szyję i jeszcze raz rzekła mu na pożegnanie:
- Chociaż i odjeżdżam, tom twoja. A on całował jej ręce, policzki i oczy, które ledwie
było widać spod lisiego puchu, i mówił:
- Boże cię strzeż! Boże cię prowadź! Mojaś ty już, moja do śmierci!
I gdy znów oderwano ją od niego, podniósł się, ile mógł, wsparł głowę na oknie i patrzał;
więc poprzez płatki śniegowe jakby przez jakowąś zasłonę widział, jak Danusia siadała do
sanek, jak księżna trzymała ją długo w objęciach, jak całowały ją dworki i jak ksiądz
Wyszoniek żegnał ją znakiem krzyża na drogę. Obróciła się jeszcze przed samym odjazdem ku
niemu i wyciągnęła ręce:
- Ostawaj z Bogiem, Zbyszku!
- Boże, daj w Ciechanowie cię obaczyć...
Ale śnieg padał tak obfity, jakby chciał wszystko zgłuszyć i wszystko przesłonić, więc te
ostatnie słowa doszły ich tak przytłumione, że obojgu wydało się, iż wołają na siebie
-już z daleka.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional