lektory on-line

Faraon - Strona 244

nie pragnie zginąć, ale nawet nie chciałby walczyć i ruszać się pod straszliwą spiekotą.
Nagle ze szczytu któregoś pagórka rozległ się ogromny głos, potężniejszy od lwiego ryku:
- Źołnierze jego świątobliwości faraona, rozbijcie tych psów libijskich!... Bogowie są z
wami!...
Nadnaturalnemu głosowi odpowiedziały dwa nie mniej potężne: przeciągły okrzyk egipskiej
armii i niezmierny zgiełk Libijczyków...
Książę już nie potrzebując ukrywać się wszedł na pagórek, skąd dobrze było widać
nieprzyjaciół. Przed nim ciągnął się długi łańcuch procarzy egipskich jakby wyrosłych
spod ziemi, a o paręset kroków rojący się wśród tumanów pyłu obóz libijski. Odezwały się
trąbki, świstawki i przekleństwa barbarzyńskich oficerów nawołujących do porządku. Ci,
którzy siedzieli, zerwali się, którzy pili wodę, schwyciwszy broń biegli do swoich,
chaotyczne tłumy poczęły rozwijać się w szeregi, a wszystko wśród wrzasków i tumultu.
Tymczasem procarze egipscy wyrzucali po kilka pocisków na minutę, spokojnie, porządnie,
jak na musztrze. Dziesiętnicy wskazywali swoim oddziałkom gromady nieprzyjacielskie, w
które należało trafiać, a żołnierze w ciągu paru minut zasypywali je gradem ołowianych
kul i kamieni. Książę widział, że po każdej takiej salwie gromadka Libijczyków
rozpraszała się, a bardzo często jeden zostawał na miejscu.
Mimo to libijskie szeregi uformowały się i cofnęły za linię pocisków, wysunęli się zaś
naprzód ich procarze i z równą szybkością i spokojem zaczęli odpowiadać Egipcjanom.
Czasami wśród łańcucha ich wybuchały śmiechy i okrzyki radości, a wówczas padał jakiś
procarz egipski.
Niebawem nad głową księcia i jego orszaku zaczęły warczyć i świstać kamienie. Jeden,
zręczniej rzucony, uderzył w ramię adiutanta i złamał mu kość, drugi strącił hełm innemu
adiutantowi, trzeci padł u nóg księcia, rozbił się o skały i twarz wodza zasypał
okruchami gorącymi jak ukrop.
Libijczycy głośno śmieli się coś wykrzykując; prawdopodobnie złorzeczyli wodzowi.
Strach, a nade wszystko żal i litość, wszystko to w jednej chwili uciekło z duszy
Ramzesa. Nie widział już przed sobą ludzi zagrożonych cierpieniem i śmiercią, ale szeregi
dzikich zwierząt, które trzeba wytępić lub obezwładnić. Machinalnie sięgnął do miecza,
aby poprowadzić czekających na rozkaz kopijników, ale wstrzymała go pogarda. On miałby
plamić się krwią tej hołoty!... Od czegóż są żołnierze?
Tymczasem walka trwała dalej, a mężni procarze Libijscy wykrzykując, nawet śpiewając,
zaczęli posuwać się naprzód. Z obu stron pociski burczały jak chrabąszcze, brzęczały jak
rój pszczół, niekiedy uderzały się nawzajem w powietrzu z trzaskiem, a co parę minut, po
tej i po tamtej stronie, jakiś wojownik cofał się na tyły jęcząc, albo martwy padał na
miejscu. Innym jednak nie psuło to humoru: walczyli ze złośliwą radością, która stopniowo
przeradzała się we wściekły gniew i zapomnienie o sobie.
Wtem z daleka, na prawym skrzydle, rozległy się głosy trąbek i wielokrotnie powtarzane
okrzyki. To nieustraszony Patrokles, pijany już od świtu, zaatakował tylną straż
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional