lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 230

- Ktokolwiek jesteście, rycerze, ratujcie obywatela, którego wbrew prawu, urodzeniu,
urzędowi chcą aresztować i więzić. Ratujcie, mości panowie bracia, wolność szlachecką!
- Nie bój się waść! - odparł Wołodyjowski - już dragoni tego kawalera w łykach, a ratunku
on więcej teraz od waćpana potrzebuje.
- A najwięcej księdza! - rzekł pan Zagłoba.
- Panie kawalerze -mówił Wołodyjowski zwracając się do Kmicica - nie masz do mnie
szczęścia, bo ci drugi raz drogę zachodzę... Nie spodziewałeś się mnie?
- Tak jest! - rzekł Kmicic - myślałem, żeś waść w ręku księcia.
- Właśniem z tych rąk się wyśliznął... a to wiesz, że na Podlasie tędy droga... Ale
mniejsza z tym. Gdyś pierwszy raz tę pannę porwał, wyzwałem cię na szable... prawda?
- Tak jest - rzekł Kmicic sięgając mimo woli dłonią do głowy.
- Teraz inna sprawa. Wówczas byłeś zabijaką, co się między szlachtą zwykle trafia i
ostatniej hańby nie przynosi... Dziś jużeś niegodzien, aby ci uczciwy człowiek pole dawał.
- A to czemu? -rzekł Kmicic.
I podniósł dumną głowę do góry, i począł patrzeć panu Wołodyjowskiemu prosto w oczy.
- Boś zdrajca i renegat - odparł pan Wołodyjowski - boś żołnierzów zacnych, którzy się
przy ojczyźnie oponowali, jako kat wycinał, bo waszym to dziełem ta nieszczęsna kraina
pod nowym jarzmem jęczy!... Krótko mówiąc: obieraj śmierć, gdyż jako Bóg w niebie, twoja
ostatnia godzina nadeszła.
- Jakim to prawem chcecie mnie sądzić i egzekwować? - pytał Kmicic.
- Mości panie -odpowiedział poważnie Zagłoba - pacierz mów, zamiast nas o prawo pytać...
A jeśli masz co powiedzieć na swoją obronę, to mów prędko, bo żywej jednej duszy nie
znajdziesz, która by się za tobą ujęła. Raz cię już, słyszałem, ta panna tu obecna
wyprosiła z rąk pana Wołodyjowskiego, ale po tym, coś teraz uczynił, pewnie i ona nie
ujmie się za tobą.
Tu oczy wszystkich zwróciły się mimo woli na Billewiczównę, której twarz była w tej
chwili jakby z kamienia wykuta. I stała nieruchomie, ze spuszczonymi powiekami, lodowata,
zimna, ale nie postąpiła kroku naprzód, nie rzekła ni słowa.
Ciszę przerwał głos Kmicica:
- Ja tej panny o instancję nie proszę!
Panna Aleksandra milczała.
- Bywaj! - krzyknął Wołodyjowski zwróciwszy się ku drzwiom.
Rozległy się ciężkie stąpania, którym wtórował ponuro brzęk ostróg, i sześciu żołnierzy,
z Józwą Butrymem na czele, weszło do komnaty.
- Wziąść go -zakomenderował Wołodyjowski - wyprowadzić za wieś i kulą w łeb!
Ciężka ręka Butryma spoczęła na kołnierzu Kmicica, za nią dwie inne uczyniły toż samo.
- Nie pozwól mnie szarpać jak psa! - rzekł do Wołodyjowskiego pan Andrzej - sam pójdę:
Mały rycerz skinął na żołnierzy, którzy puścili go natychmiast, ale otoczyli dokoła; on
też wyszedł spokojnie, nic już do nikogo nie mówiąc, jeno pacierz cicho szepcąc.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional