lektory on-line

Chłopi - Władysław Reymont - Strona 228

— Zdzielże który w łeb pierwszego z brzega.
— Juchy im ździebko wypuścić!
— Damy się to, chłopcy? z całego narodu się wytrząsają!
— I na swoim nie postawimy? — wołali drudzy zachęcając się a cisnąc coraz bliżej i groźniej, aż Mateusz odgarnął Rocha na stronę i wysunął się przed Niemców, kiej wilk błyskając zębami.
— Słuchajta, Miemcy! — ryknął wyciągając pięście. — Mówiliśmy do was po ludzku, poczciwie, a wy grozicie kreminałem i przekpiwacie się z nas! Dobra, ale teraz zagramy z wami inaczej! Nie chceta zgody, to wama zapowiadamy przed Bogiem i ludźmi, jak pod przysięgą, że na Podlesiu nie wysiedzicie! Przyszlim z pokojem, a wy chceta wojny! Dobra, kiej wojna, to wojna! Mata za sobą sądy, mata urzędy, mata pieniądze, a my jeno te gołe pięście… Obaczymy, czyje będzie górą! A jeszcze to wam dołożę, byście zapamiętali… jako ogień ima się słomy, ale zeżre i murowańce, a chyta się i zboża choćby na pniu… bydło też pada na paśnikach… zaś żaden człowiek nie uciecze od złej przygody… Spamiętajta, co rzekłem: wojna w dzień i w nocy, i na każdym miejscu…
— Wojna! Wojna! i tak nam, Panie Boże, dopomóż! — huknęli wraz.
Niemcy skoczyli do drągów leżących pod ścianą, kilku wyniesło fuzje, to za kamienie chwytało, kobiety podniesły wrzask.
— Niech no który strzeli, a wszystkie wsie tu zlecą.
— Zastrzelisz, pludro, jednego, to cię drudzy kijami zatłuką jak psa parszywego.
— Nie zaczynajcie, Szwaby, bo z chłopami nie zdzierżyta.
— A waszego mięsa i głodny pies nie tknie.
— Tknij me, pludro jedna, tknij — grozili zuchwale i wyzywająco.
Stali już z bliska, ślepiami się jeno bodąc, przestępując z nogi na nogę, trzaskając kijami a wrzeszcząc zajadle, że wymysły i pogrozy latały nad głowami kiej kamienie, już się wyciągały pazury i niejeden aże dygotał z gotowości, gdy Rocho ogarnął swoich i odwiódł w tył, chłopy rade nierade odwracały się półbokiem i czujnie, pilnując zajdów, odchodzili, tym ci szydliwiej za się krzykając:
— Ostajta z Bogiem, świńskie pomioty!
— I czekajcie, aż wam czerwony kogut zapieje!
— Zajrzymy tu potańcować z waszymi pannami!
Jaże ich Rocho musiał przyciszyć, tak srodze gębowali.
Zmierzch się już kładł na ziemiach, słońce zaszło, chłodny wiater przegarniał zboża, że kłoniły się dzwoniąc kłosami, wilgotniały trawy od ros siwych, głosy piszczałek i dziecińskie wrzaski roznosiły się od wsi, żabie rechoty grały na bagniskach i szedł już światem cichy i pachnący wieczór.
Chłopi wracali wolno, rozpięte kapoty powiewały niby białe skrzydła; szli gwarnie, przystając co chwila, któryś już śpiewał, jaże bory oddawały, jensi gwizdali z uciechy, to gwarząc obejmowali gorącymi ślepiami podleskie ziemie.
— Gronty łacno podzielne! — rzekł stary Kłąb.
— Juści, gospodarki można by wykrajać kiej plastry miodu, jedna w drugą, i każda z łąką i paśnikiem.
— Byle jeno Miemcy ustąpiły! — westchnął sołtys.
— Nie turbujcie się, już my w tym, że ustąpią — zapewniał Mateusz.
— Wziąłbym tę ziemię z kraju, przy drodze — szepnął Pryczek Adam.
— A mnie by się widziały w pośrodku, te z figurą — rzekł inszy parobek.
— Ja bym się darł o te od Woli.
— Cie, żeby tak dostać na ogrodach po foliwarku!
— Jaki mądrala, najlepsze by chciał!
— Wystarczy la wszystkich po kawale — uspakajał Grzela, bo już byli się sprzeczać zaczęli.
— Jeżeli dziedzic się zgodzi, a odda wam Podlesie, to niemała praca was czeka, niemały trud — ozwał się Rocho.
— Wydolim! wydolim wszystkiemu! — wołali radośnie.
— Owa! nie straszna praca na swoim!
— Nawet wszystkim dziedzicowym ziemiom byśmy poradzili.
— Niech jeno dadzą, a obaczycie!
— Człowiek bych się wparł w ziemię kiej drzewo i niech mu kto poredzi, niech poprobuje wyrwać!
Rozgwarzali się między sobą, coraz prędzej idąc, bo już od wsi zaciemniała gromada kobiet biegnących naprzeciw.
Już tak dniało, że caluśki świat pokrył się był sinawą modrością kiej śliwa dojrzała, gdy Hanka zajechała przed chałupę, jeszcze leżącą we śpiku, ale na ostry turkot bryki dzieci wypadły z wrzaskiem i Łapa jął szczekać radośnie i wyskakiwać przed końmi.
— A kaj Antek? — krzyczała z proga Józka nadziewając przez głowę wełniak.
— Za trzy dni dopiero go puszczą, ale powróci już niechybnie — odpowiadała spokojnie, całując dzieci, a rozdając im kukiełki.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional