lektory on-line

Chłopi - Władysław Reymont - Strona 215

Wyrzekali z oburzeniem, rozchodząc się z wolna po chałupach.
Jeszcze gdzieniegdzie stojali kupkami nad stawem sczerwienionym od zórz, gdy się pokazały komornice z ciężkimi brzemionami drzewa na plecach. Kozłowa szła na przedzie, jaże wpół zgięta pod ciężarem, i dojrzawszy ludzi wsparła się brzemieniem o drzewo.
— Sołtys waju dobrze ocyganił! — powiedziała ledwie zipiąc z utrudzenia. — Zabitych w lesie nie było, to prawda, ale może co gorszego.
I skoro zebrało się więcej ludzi, zwabionych jej głosem, puściła ozór:
— Wracalim podleśną drogą ku krzyżowi, aż tu Gulbasiak leci naprzeciw i krzyczy zestrachany: „Pod jałowcami jakieś zabite leżą!” Zabite, to zabite, myślę, ale warto zawdy obejrzeć. Poszłyśmy… widzim z dala, prawda, leżą jakieś ludzie kieby nieżywe… jeno im kulasy sterczą spod jałowców. Filipka me ciąga, by uciekać… Grzelowa już pacierz trzepie i mnie też mróz po plecach chodził, alem się przeżegnała, podchodzę bliżej… patrzę… a to pan wójt leży przez kapoty, a pobok Jagusia Borynowa… i śpią se w najlepsze. Spili się w mieście, gorąc był, to se chcieli wypocząć w chłodzie i pojamorować. Jaże buchała od nich gorzałka! Nie budzilim: niech świadki przyjdą, niech cała wieś obaczy, co się wyprawia! Wstyd mówić, jak była rozdziana, jaże Filipka z litości przyokryła ją zapaską. Czysta sodoma. Stara jestem, a jeszcze o takim zgorszeniu nie słyszałam. Sołtys zaraz przyjechał i budził, Jagna w pola uciekła, zaś pana wójta ledwie na wóz wdygowali, spity był kiej świnia!
— Jezus, tego jeszcze w Lipcach nie bywało — jęknęła któraś.
— Żeby to parobek z dziewką, ale to gospodarz, ociec dzieciom i wójt!
— A Boryna ze śmiercią się mocuje, wody mu nie ma kto podać, a ta…
— Ja bym ją ze wsi wyświeciła! ja bym ścierwę rózgami pod kościołem siekła! — zaczęła znowu wrzeszczeć Kozłowa.
— Zgorszenie samo krzyczy; co tu dodawać? — uspokajały ją kobiety, załamując ręce.
— A kaj Dominikowa?
— Z rozmysłem ją w mieście ostawili, bych nie przeszkadzała…
— Jezu, strach pomyśleć, co się wyprawia teraz na świecie!
— Taki grzech, takie zgorszenie, dyć wstyd na całą wieś padnie!
— Jagna się ta osławy nie boja, jutro gotowa to samo robić.
Wyrzekali po chałupach, załamując ręce, że już z tej zgrozy i oburzenia co miętsze kobiety płakały spodziewając się kary srogiej od Boga na wszystkich ludzi. Cała wieś się trzęsła od gadań i lamentów.
Tylko jedne chłopaki, co się były zeszły na most, wzięły Gulbasiaka rozpytywać podrobno i prześmiewały się z całej historii.
— To ci kokot z wójta, no! to chwat! — śmiał się Wachnik Adam.
— Odpokutuje jeszcze za te jamory: kobieta łeb mu obedrze!
— I z pół roku nie przypuści do siebie.
— Po Jagusi to i nieśpieszno mu będzie do swojej.
— Psiachmać, la Jagny każden by się ważył na wszystko…
— Jeszcze by! kobieta kiej łania, że nie wiada, czy nalazłby śliczniejszą w jakim dworze: ledwie spojrzy na człowieka, a już ciągotki biorą.
— Miód, nie kobieta, nie dziwno mi też, co Antek Boryna…
— Dajta spokój, chłopaki! Gulbasiak łże jedno, Kozłowa drugie, a baby przez zazdrość jeszcze dokładają, zaś po prawdzie to nie wiadomo, jak było… Na niejedną pyskują, choć najpoczciwsza — zaczął mówić Mateusz jakimś smutnym i wielce strapionym głosem, ale nie skończył, gdyż się zjawił między nimi Grzela, wójtów brat.
— Cóż? Pietr śpią jeszcze? — pytali ciekawsi.
— Brat mój rodzony, ale kto tak robi, psem mi jest od dzisiaj! Ale ta ścierwa wszystkiemu winowata! — wybuchnął wściekłością.
— A nieprawda! — wrzasnął naraz Pietrek, parobek Borynów, przedzierając się z pięściami do Grzeli — któren tak szczeka, łże jak pies!
Zdumieli się tą niespodzianą obroną, a on wytrząchając pięściami krzyczał:
— Wójt jeno winien! To ona mu korale zwoziła? ona go do karczmy ciągała? ona po całych nocach w sadzie warowała, co? Dobrze wiem, jak przyniewalał i kusił! A może i jakich kropli jej zadał, by mu się nie oparła!
— Obrońca zapowietrzony! nie ciep się tak, bo obertelek zgubisz.
— Dowie się, co ją bronisz, to ci zasługi podniesie.
— Albo jakie portki po Macieju ochfiaruje!
Aż się pokładali ze śmiechów i przekpiwań.
— Chłop za nią nie stanie się upomnieć ani kto drugi, to ja bronił będę… A będę, psiakrew, i niech jeszcze usłyszę złe słowo, pięści nie pożałuję… Pyskacze juchy, kieby się to przytrafiło z którego siostrą albo kobietą, to by mordy stulili!
— Zawrzyj i ty pysk, parobie jeden! nie twoja sprawa, pilnuj se końskich ogonów! — gruchnął na niego Stacho Płoszka.
— I bacz, byś czego przódzi nie oberwał — dodał Wachnik.
— A od gospodarzy ci zasie, kołtunie jeden! — dorzucił jeszcze któryś na odchodne.
— Gospodarze parszywe, dziedzice ścierwy! Ja służę, ale kryjomo ćwiartek nie wynoszę do Żyda ni z komory niczegój nie porywam! Jeszcze me nie znacie! — krzyczał za odchodzącymi śpiesznie, bo nijako się im zrobiło, że nie odzywając się już na jego wrzaski, porozchodzili się po chałupach.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional