lektory on-line

Chłopi - Władysław Reymont - Strona 211

— Byłam, ale mnie do niego nie puścili.
— Tegom się i bojał.
— Mówcie, co wiecie! — mróz ją przeszedł.
— Co ja ta wiem?… tyla jeno, co mi się udało ze starszego wyciągnąć.
— A co? — wparła się w słupek i dziecko mocniej przycisnęła do siebie.
— Powiedział, że Antka przed sprawą nie wypuszczą.
— Laczego! — ledwie wyjąkała, dygot ją trząsł i łamał. — Dyć… przeciek adwokat mówił, co może puszczą.
— Hale, żeby im uciekł! Tak przez niczego nie puszczą! Wiecie, przyszedłem dzisiaj do was całkiem po przyjacielsku. Co tam pomiędzy nami było, to było; obaczycie kiedyś, żem był praw… Nie wierzyliście mi… wasza wola… ale teraz wysłuchajcie, co rzeknę, a jak księdzu na spowiedzi, tak prawdę powiem… Z Antkiem jest źle! z pewnością ciężko go zasądzą, może na dziesięć lat. Słyszycie to?…
— Słyszę, ale nic a nic nie wierzę — uspokoiła się nagle.
— Każden nie wierzy, póki nie przymierzy; prawdę wam rzekłem.
— Zawdy taką mówicie — zaśmiała się wzgardliwie.
Ciepnął się i jął gorąco upewniać, jako teraz z prostego przyjacielstwa przyszedł, bych poredzić. Słuchała chodząc oczyma po obejściu, już się parę razy podnosiła niecierpliwie: krowy ano nie wydojone porykiwały w oborze, gęsi były nie zapędzone na noc i źrebak gonił się w opłotkach z Łapą, a chłopaki rajcowały w stodole. Nie wierzyła mu juści ani słóweczka. — Niech się wygada, może się wyda, z czym przyszedł — myślała trzymając się na baczności.
— Cóż poredzić? co? — odpowiadała, byle coś rzec.
— A, rada by się nalazła — powiedział ciszej jeszcze.
Odwróciła się do niego.
— Dać wykup, to go puszczą jeszcze przed sprawą, a potem to już se poredzi, choćby i do tej Hameryki… nie zgonią…
— Jezus, Maria! Do Hameryki! — krzyknęła bezwolnie.
— Cichocie, jak pod przysięgą mówię, tak dziedzic radził. „Niech ucieka — powiada — najmniej dziesięć lat… zmarnuje się chłop…” Wczoraj mi mówił.
— Uciekać ze wsi… od grontu… od dzieci… Jezu… — to ino zrozumiała.
— Dajcie jeno wykup, a resztę to już Antek postanowi, dajcie…
— Skądże to wezmę?… Mój Boże, w tyli świat… od wszystkiego.
— Pięćset rubli chcą! Przeciek macie te ojcowe… weźcie je na wykup… policzym się później… byle jeno ratować…
Skoczyła na równe nogi.
— Jako ten pies cięgiem jedno szczekacie! — chciała odejść.
— Ciepiecie się jak głupia — rozgniewał się. — Tak se ino powiedziałem… Hale, będzie się tu honorować o bele słowo, a tam chłop w kreminale zgnije. Powiem mu, jak to zabiegacie, by mu ulżyć.
Przysiadła znowu, nie wiedząc już, co myśleć.
Opowiadał szeroko o tej Jameryce, o ludziach znajomych, które tam pojechały, że listy piszą, a nawet pieniądze przysyłają la swoich. Jak tam dobrze, jaką wolę ma każden, jakie bogactwa zbierają. Antek mógłby zaraz uciekać: zna Żyda, któren już niejednego wyprowadził. Mało to już takich uciekło! Zaś Hanka mogłaby jechać potem la niepoznaki. Grzela wróci z wojska, to spłaciłby z ojcowizny, a nie, kupiec się też rychło znajdzie.
— Poradźcie się księdza, obaczycie, co wama przytwierdzi moje słowa. Poznacie, żem prawy i ze szczerego serca namawiam, nie la swojej wygody. Jeno przed nikim ani pary z gęby, bych się strażnicy nie zmiarkowali, zaś wtedy i za tysiące go nie puszczą, a jeszcze w kajdany zakują — zakończył poważnie.
— Skąd wziąć na wykup! tylachna pieniędzy! — jęknęła.
— Znam kogoś z Modlicy, kto by dał na dobry procent… znam i drugich… pieniądze by się nalazły… Moja w tym głowa… pomógłbym.
I długo jeszcze radził a namawiał.
— Rozważcie, trza rychło postanowić.
Odszedł cicho, że ani spostrzegła, kiej się zapodział w nocy.
Późno już było, w chałupie spali, tylko Witek siedział pod ścianą, jakby stróżując gospodyni, na wsi też wszyscy legli, nawet psy nie poszczekiwały, woda jeno bulgotała i ptaki zawodziły w sadach. Księżyc się wtoczył na niebo i szedł srebrnym sierpem przez te straszne, mroczne wysokości. Białe i niskie mgły pokrywały łąki, zaś nad żytami wisiał płowy tuman kwietnej kurzawy; staw polśniewał wskroś drzew kieby tafla lodowa… Aże dzwoniło w uszach od tej cichości a słowiczych kląskań i zawodzeń.
Hanka siedziała wciąż na jednym miejscu jakby przykuta.
— Jezu, uciekać ze wsi, od grontu, od wszystkiego! — myślała jedno w kółko.
Groza ją przejęła, rosnąc z minuty na minutę, a serce ściskając strasznym żalem i przerażeniem.
Łapa zaczął wyć na podwórzu, słowiki ścichły, zawiał wiater, że zakolebały się cienie i jękliwy, smutny szum przeleciał.
— Kubową duszę obaczył! — szepnął Witek żegnając się strachliwie.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional