lektory on-line

Chłopi - Władysław Reymont - Strona 203

— Dyć przyciesie jeszcze by wytrzymały, węgary jeno dać nowe… ściany też by podporami wesprzeć… klamrami ściągnąć… dyć… — jąkał stary Bylica.
— Kiejście taki majster, to sobie stawiajcie, ja z próchna nie poredzę — rzucił gniewnie naciągając spencerek.
Nadeszła na to Weronka z dzieckiem na ręku i jęła wyrzekać:
— A cóż my teraz poczniemy, co?
— Ze dwa tysiące trzeba by na nową! — westchnął frasobliwie Stacho.
— Hale, cheba o jednej izbie ze sionką.
— Przeciech coś by drzewa dostał z naszego lasu… juści, żeby tylko chyla tyla… a resztę dokupię… juści… chwaciłoby… W urzędzie prosić…
— Dadzą to teraz, kiej bór w procesie!… przecież nawet zbieraniny wzbronili. Poczekajcie z chałupą do końca sprawy! — radził Mateusz.
— Czekaj tatka latka, a kajże się to na zimę podziejem? kaj? — wybuchnęła Weronka i zapłakała żałośliwie.
Pomilkli. Mateusz zbierał swoje porządki ciesielskie, Stacho drapał się w głowę, a Bylica nos wycierał za węgłem, że w tej smutnej cichości jeno Weronczyn płacz chlipał.
Naraz pan Jacek się podniósł i głośno rzekł:
— Nie płaczcie, Weronka, drzewo się na chałupę znajdzie.
Osłupieli stając z rozdziawionymi gębami, aż dopiero Mateusz pierwszy się pomiarkował i śmiechem gruchnął:
— Mądry obiecuje, a głupi się raduje! To głowy nie ma kaj przytulić, a chałupy będzie drugim rozdawał! — powiedział ostro, spode łba patrząc na niego, ale pan Jacek już się nie ozwał, siadł znowuj na progu, zakurzył papierosa i jak przódzi, skubiąc bródkę, po niebie wodził oczyma.
— Poczekajta ino, a niezadługo i cały folwarczek wama przyobieca.
Zaśmiał się Mateusz i rzuciwszy ramionami poszedł.
Na lewo się wziął zaraz z miejsca, ścieżką wiodącą pod stodołami.
Mało ludzi robiło dzisiaj na ogrodach, bo jeno kajś niekaj czerwieniała kobieta albo jakiś chłop naprawiał dach, to cosik majdrował we wrótniach stodół, powywieranych na pola.
Nieśpieszno było Mateuszowi, gdyż rad przystawał poredzając z chłopami o wójtowej bitce, do dzieuch zęby szczerzył i wesoło zagadywał, a gdzie znów babom tak trefnie przysolił, jaże śmiech zarechotał na ogrodach, że niejedna wzdychając szła za nim oczyma.
Jakże, urodny był i wyrosły kiej dąb, a jakby król wszystkich we wsi parobków, bo i mocarz po Antku Borynie pierwszy, i tanecznik równy Stachowi Płoszce, a i mądrala. Że zaś przy tym sprawny był do każdej roboty, bo i wóz zrobił, i komin postawił, i chałupę wyrychtował, i na fleciku pięknie wygrywał, to chociaż prawie nie miał grontu i grosz się go nie utrzymał, iż szczodry był la drugich, a niejedna matka rada by z nim przepiła choćby całego cielaka, bych go jeno na zięcia przysposobić, zaś niejedna dziewczyna już go przypuszczała do podufałości rachując, co potem prędzej zaniesie na zapowiedzie.
Ale na nic szły wszystkie zabiegi, z matkami pił, z córkami jamorował, a od ożenku wykręcał się kiej piskorz.
— Niełacno wybrać, bo każda dobra, a jeszcze lepsze podrastają, poczekam… — powiadał swachom, rającym mu różne dziewuchy.
A zimą zmówił się był z Tereską i żył z nią prawie na oczach wszystkiej wsi, nie bacząc na gadania ni pogrozy.
— Wróci Jasiek, to mu ją oddam, jeszczek gorzałki postawi, żem mu kobiety pilnował — prześmiewał się z przyjacioły jakoś wkrótce po powrocie, że to już przykrzyła mu się i z wolna od niej odstawał.
I teraz, na obiad idąc, dłuższą drogę wybrał, bych se po drodze pożartować z dzieuchami a uszczypnąć, którą się da.
I całkiem niespodzianie natknął się na Jagnę: pełła cosik na matczynym ogrodzie.
— Jagusia! — wykrzyknął radośnie.
Jagusia podniesła się i strzeliła nad zagonem kiej ta malwa wysmukła.
— Żeś to me dojrzał? Cie, jaki prędki, już tydzień we wsi, a dopiero…
— Dyć jeszcześ śliczniejsza! — szepnął z podziwem.
Ugięta była do kolan, spod czerwonej chusty, pod brodą zawiązanej, modrzały ogromne, słodkie oczy, białe zęby grały w wiśniowych wargach i cała gębusia, zarumieniona kiej jabłuszko, a śliczna, jaże się prosiła o całowanie. Ujęła się hardo pod bok i biła w niego skrzącymi ślepiami z taką mocą, że dreszcze go przeszły. Obejrzał się dokoła i bliżej podszedł.
— Od tygodnia cię szukam i wypatruję po próżnicy.
— Cygań se psu, to ci może uwierzy. Co wieczór zęby suszy po opłotkach, co wieczór innej basuje, a teraz będzie mi co inszego wmawiał!
— Tak mię to, Jaguś, witasz? co? tak?…
— Jakże to mam inaczej? Może cię za kolana podjąć i dziękować, żeś se o mnie przypomniał?
— Baczę, jakeś to me łoni przyjmowała.
— Co było łoni, to nie teraz — odwróciła się twarz kryjąc, a on się przysunął nagle, obejmując ją chciwymi rękoma.
Wyrwała mu się z gniewem.
— Poniechaj, bo mi Tereska ślepie wydrapie za ciebie!
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional