lektory on-line

Chłopi - Władysław Reymont - Strona 175

— Jezu, a może tam jeszcze są zbóje! — zakrzyczała Józka.
Rzucili się na Borynową stronę, Jagusi już nie było, stary ino leżał twarzą do izby, w komorze zaś, zawdy mrocznej, widno było, światło buchało dziurą, że łacno dojrzeli, jako wszystko było pomieszane kiej groch z kapustą, zboże powysypywane zalegało ziemię razem ze szmatami, pościąganymi z drągów; nawet motki przędzy i wełna leżały potargane i zwichlone. Nie sposób było na razie zmiarkować, czego brakowało.
Ale Hanka od razu pomiarkowała, że to kowalowa być musi robota; gorąc ją przejął na myśl, iż kiejby się jeden dzień opóźniła, nalazłby pieniądze i zabrał… Nachyliła się nad dołem kryjąc przed ludźmi kuntentność, a sprawdzając cosik sobie za stanikiem.
— Czy aby nie brak czego w oborze? — rzekła, niby tknięta podejrzeniem.
Na szczęście, nic nigdzie nie brakowało.
— Dobrze były drzwi pozawierane! — ozwał się Pietrek i skoczył naraz do ziemniaczanego dołu, odwalił z wejścia ocipkę wielgachną i wyciągnął stamtąd Łapę skowyczącego.
— Juści, że złodzieje go tam wrzucili, ale to dziwne, pies zły i dał się…
— I nikto w nocy nie słyszał szczekania!
Dali znać o sprawie sołtysowi, rozniosło się też migiem po wsi, że w dyrdy lecieli oglądać, wyrzekać a deliberować. Sad zapełnił się ludźmi, cisnęli się kiej do konfesjonału, kużden głowę wtykał do dołu, powiadał swoje i Burka pilnie oglądał.
Zjawił się i Rocho, a uspokoiwszy rozpłakaną i wrzeszczącą Józkę, która każdemu z osobna opowiadała, jak to było, poszedł do Hanki, leżącej znowu na łóżku, ale jakoś dziwnie spokojnej…
— Zląkłem się, byście tego zbytnio do serca nie wzięli! — zaczął.
— I… niczego chwała Bogu nie wziął… zapóźnił się… — przyciszyła głos.
— Miarkujecie, kto?…
— Dałabym głowę, że kowal.
— To chyba na cosik upatrzonego polował?
— Juści… jeno że mu się wypsnęło, do waju tylko mówię…
— Juści, za rękę trza by złapać albo świadków mieć… No, na co się to człowiek waży la grosza!…
— Nawet przed Antkiem się nie wygadajcie, moi drodzy! — prosiła.
— Wiecie, żem nieskory do zwierzeń, a łacniej przecież zabić człowieka niźli go urodzić. Znałem go, że krętacz, ale o taką rzecz bym nie posądził.
— Jego stać na najgorsze, znam ja go dobrze…
Wójt nadszedł z sołtysem i wzięli oglądać szczegółowo, wypytując się Józki o wszystko.
— Żeby Kozioł nie siedział, myślałbym, co to jego sprawka… — szepnął wójt.
— Cichojcie, Pietrze, bo Kozłowa ku nam zmierza — trącił go sołtys.
— Spłoszyli się, że nic pono nie unieśli.
— Pewnie, strażnikom trza by dać znać… nowa robota, diabli nadali, że człowiek świąt nawet zażyć spokojnie nie może…
Sołtys naraz się schylił i podniósł żelazny, okrwawiony pręt.
— Tym ci zakatrupili Burka!
Żelazo przechodziło z rąk do rąk.
— Pręt, z jakiego zęby do bron kują.
— Mogli ukraść choćby i z kuźni Michałowej.
— Kuźnia już od piątku zawarta.
— Kowala trza wypytać, czy mu nie zginęło.
— Tak mogli ukraść, jak mogli przynieść z sobą, wójt to wama mówi, a kowala w chałupie nie ma, co zaś robić, moja to sprawa z sołtysem! — podniósł głos, krzycząc, by się nie tłoczyli po próżnicy i do dom szli.
Nikto się go nie ulęknął, jeno że czas się było zabierać do kościoła, to wnet się porozchodzili, bo już i ludzie z drugich wsi nad płotami ciągnęli gęsiego, i wozy coraz częściej dudniały na moście.
A kiej się do cna wyludniło, wsunął się do sadu Bylica i nuże dopiero oglądać swojego pieska, cucić go a przemawiać do niego cichuśko.
Dom też opustoszał, do kościoła poszli, Hanka jeno w łóżku ostała, pacierze se przepowiadając, a myśląc o Antku, że zaś cicho się zrobiło, bo stary dzieci powiódł na drogę, zasnęła kwardo.
Już ano stanęło przypołudnie, galancie przygrzane i tak cichuśkie, jaże śpiewy narodu rozchodziły się z kościoła i brzęczały po szybach, już i przedzwonili na Podniesienie, a ona cięgiem spała. Zbudził ją dopiero turkot wozów pędzących po wybojach, bo jak to było we zwyczaju w drugie święto Wielkanocy, po sumie, ścigali się, któren pierwej dopadnie swojej chałupy, że ino migały przez drzewa bryki, zapchane ludźmi, i konie prane batami. Ścigali się tak siarczyście, że chałupa się trzęsła i wrzawa turkotów i śmiechów wichrem przeleciała.
Chciała się podnieść, obaczyć, ale domowi wracali i Jagustynka, krzątając się kiele obiadu, jęła opowiadać, jak zwaliło się tylachna narodu, co i połowa nie miała miejsca w kościele, że wszystkie dwory zjechały, a po sumie dobrodziej zwoływał gospodarzy do zakrystii i cosik z nimi uredzał, Józka zaś znowuj rozpowiadała o dziedziczkach, jak to były wystrojone.
— Wiecie, a to panienki z Woli to ci takie kupry dźwigają na zadzie, jakby te indory, kiej se ogony rozczapierzone postawią.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional