lektory on-line

Chłopi - Władysław Reymont - Strona 173

— Inom kogutowi trochę z ogona wyrwał, bo mi potrza la mojego ptaka. Ale nie nasz kogut, nie, Józia! Gulbasiak skądciś przyniósł… swojego…
— Pokaż! — rozkazała surowo.
Cisnął jej pod nogi na pół żywego ptaka, całkiem oskubanego z piór.
— Pewnie, że nie nasz! — rzekła nie mogąc rozpoznać. — Ale pokaż swojego cudaka.
Wyniósł na jaśnię już całkiem gotowego kogutka: z drzewa był wystrugany i oblepiony ciastem, w które powtykano piórek, że kiej żywy się widział, bo i łeb z dziobem miał prawdziwego, na patyk nadziany.
Na desce se stojał czerwono ukraszonej, a tak zmyślnie przyrychtowanej do maluśkiego wozika, że skoro Witek zaruchał długim dyszelkiem, kogut jął tańcować i skrzydła rozkładać, do tego zaś zapiał Gulbasiak, jaże się kury z grzęd odezwały.
— Jezu, a tom póki życia takiego cudaka nie uwidziała! — przykucnęła pobok.
— Dobry jest, co? Utrafiłem, Józia, co? — szeptał z dumą.
— Sameś to wystroił? ze swojej głowy?
Dziw ją rozpierał.
— A sam! Jędrek mi jeno koguta żywego przyniósł… a sam, Józia…
— Moiściewy, a to kiej żywy się rucha, choć z drewna. Pokaż go dzieuchom!… dopiero to będą wydziwiać!… Pokaż, Witek!
— Ni, jutro pójdziemy po dyngusie, to obaczą. Jeszcze sztachetków brak kiele niego, żeby nie sfrunął.
— To opatrz krowy i do izby przychodź robić, widniej ci będzie…
— Przyjdę, jeno jeszczech na wsi cosik sprawię…
Wróciła przed dom, ale dziewczyny już skończyły zabawę i zaczęły się rozchodzić, bo noc się robiła, światła zapalali po domach, gwiazdy się też kajś niekaj pokazywały, a chłód wieczorny zaciągał z pól.
Już wszystkie kobiety powróciły z miasta, a Hanka nie nadjeżdżała.
Józka narządziła sutą wieczerzę: barszcz na kiełbasie i ziemniaki tłusto omaszczone. Zaczęła ją podawać na ławę, gdyż Rocho czekał, dzieci jeść skamlały, a Jagna raz po raz zaglądała do izby, kiej Witek wsunął się cichuśko i zaraz przykucnął przed dymiącymi michami. Dziwnie był czerwony, mało jadł i łyżką po zębach dzwonił, tak mu się ręce trzęsły, a nie dojadłszy do końca, poleciał.
Złapała go Józka w podwórzu przed chlewem, jak nabierał w połę świńskiego żarcia z cebratki, a ostro nastawała: co mu się stało?
Wykręcał się, jak mógł, wycyganiał, ale w końcu prawdę powiedział:
— A to odebrałem dobrodziejowi swojego boćka!
— Jezus, Maria, a nie dojrzał cię kto?
— Nie, dobrodziej pojechali, psy poszły żreć, a bociek w ganku stojał! Maciuś to wypatrzył i przyleciał powiedzieć! Kapotą Pietrkową go przydusiłem, by me nie kujnął, i poniesłem do schowka! Ino pary z gęby nie puść, moja złociuśka! Za parę niedziel przywiedę go do chałupy, obaczysz, jak parodował na ganku będzie, a nikto go przeciech nie rozpozna. Nie wydaj me ino!
— Hale! kiej cię to z czym wydałam? Dziw mi jeno, żeś to się ważył, Jezu!
— Swoje odebrałem. Pedziałem, co nie daruję, i odebrałem… Po tom go pewnie łaskawił, żeby drugie uciechę miały, juści!… — szepnął i poleciał gdziesik w pole.
Niezadługo się jawił z nawrotem i zasiadł przed kominem wraz z dziećmi do wykończania kogutka.
A w izbie zrobiło się jakoś sennie i smutno. Jaguś poszła na swoją stronę, zaś Rocho siedział przed domem razem z Bylicą, któren już żydy woził, tak go śpik morzył.
— Idźcie do dom, bo tam na was czeka pan Jacek! — szepnął mu Rocho.
— Na mnie czeka… pan Jacek… dyć lecę… na mnie?… no… no — jąkał zdumiony, całkiem wytrzeźwiawszy, i poszedł.
A Rocho na przyźbie ostał, pacierz szeptał, wpatrzony w noc, w owe nieprzejrzane dalekości nieba, kaj się aż trzęsło od gwiezdnych migotów, dołem zaś, nad ziemiami, wynosił się już srodze rogaty miesiąc i bódł ciemności.
W chałupach światła gasły posobnie, kiej oczy snem zwierane; milczenie, przejęte cichuśkim dygotaniem listeczków i głuchym, dalekim bełkotem rzeczki, rozlewało się dokoła. Tylko jeszcze u młynarzów gorzały okna i zabawiali się do późna.
W izbie Borynów już przycichło, spać wszyscy legli gasząc światło, że ino koło garnków z wieczerzą ustawionych w kominie żarzyły się węgle, a świerszcz poskrzypiwał gdzieś w kącie, ale Rocho wciąż siedział na dworze oczekując na Hankę, że dopiero koło samego północka zadudniły kopyta na moście koło młyna i wkrótce wtoczyła się bryka.
Hanka była dziwnie smutna i milcząca, że dopiero kiej zjadła wieczerzę i parobek poszedł do stajni, odważył się pytać:
— Widzieliście męża?
— Całe popołudnie z nim przesiedziałam! Zdrowy jest i dobrej myśli… kazał was pozdrowić… I drugich chłopów też widziałam… mają ich puścić, jeno nikto nie wie kiedy… U tego, co ma na sądach Antka, bronić, też byłam…
Nie mówiła tego, co jej kamieniem zaciężyło na sercu, a jeno takie różności drugie, Antka się nie tyczące, aż rozpłakała się nagle, i choć przysłoniła twarz rękoma, łzy pociekły przez palce.
— Przyjdę rano… odpocznijcie sobie: strząśliście się mocno… by wam nie zaszkodziło.
— A niechbym już raz zdechła i więcej nie cierpiała! — wybuchnęła.
Pokiwał głową i wyniósł się bez słowa, jeno przed chałupą pieski cosik rozszczekane gniewnie przyciszał do budy zapędzając.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional