lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 152

niebezpieczeństwy ochoty przybywa... Jużeśmy mało nie zdesperowali, z jednym
nieprzyjacielem do czynienia mając, a teraz nam na obydwóch.
- Nie może być inaczej - odparł Stankiewicz. - Nieraz to bywa, że się pozwolisz bić póty,
póki ci cierpliwości nie zbraknie, a potem, ni stąd, ni zowąd, znajdzie się i wigor, i
fantazja. Małośmy to ucierpieli, mało przenieśli?!... Spuszczaliśmy się na króla i
pospolite ruszenie koronne, na własne siły nie licząc, aż wreszcie mamy wóz i przewóz:
trzeba albo obydwóch bić, albo zginąć z kretesem...
- Bóg nam pomoże! Dosyć tego zwlekania!
- Sztych nam do gardła przyłożyli!
- Przyłóżmy im i my! Pokażemy koroniarczykom, jacy to tu żołnierze! Nie będzie u nas
Ujścia, jako Bóg w niebie!
I w miarę kielichów rozgrzewały się czupryny i rosły humory wojenne. Tak nad brzegiem
przepaści ostatni wysiłek częstokroć o ocaleniu stanowi. Zrozumiały to te tłumy żołnierzy
i owa szlachta, którą tak niedawno jeszcze Jan Kazimierz do Grodna wzywał przez
rozpaczliwe uniwersały na pospolite ruszenie. Teraz wszystkie serca, wszystkie umysły
zwrócone były ku Radziwiłłowi; wszystkie usta powtarzały to groźne imię, z którym do
niedawna zawsze zwycięstwo szło w parze. Jakoż od niego tylko zależało zebrać
rozproszone, poruszyć uśpione siły kraju i stanąć na czele potęgi dostatecznej do
pomyślnego rozstrzygnięcia obydwóch wojen.
Po obiedzie wzywano do księcia kolejno pułkowników: Mirskiego, który w pancernej
hetmańskiej chorągwi porucznikował, a po nim Stankiewicza, Ganchofa, Charłampa,
Wołodyjowskiego i Sołłohuba. Zdziwili się trochę starzy żołnierze, że ich pojedynczo, nie
wspólnie, na naradę zapraszają; ale miłe to było zdziwienie, każdy bowiem odchodził z
jakąś nagrodą, z jakimś widocznym dowodem książęcego faworu; w zamian zaś żądał tylko
książę
wierności i ufności, które i tak wszyscy z duszy serca mu ofiarowali.Wypytywał się też
pan hetman troskliwie, czy pan Kmicic nie wrócił, i kazał sobie dać znać, gdy wróci.
Jakoż wrócił, ale dopiero późnym wieczorem, gdy już sale były oświetlone i goście poczęli
się zbierać. W cekhauzie, dokąd przyszedł się przebrać, zastał pana Wołodyjowskiego i
poznajomił się z resztą kompanii.
- Okrutniem rad, że waszmości widzę i sławnych przyjaciół - rzekł wstrząsając ręką małego
rycerza. - Jakobym brata zobaczył! Możesz w to waszmość wierzyć, bo ja symulować nie
umiem. Prawda, żeś mnie szpetnie przez łeb przejechał, aleś mnie potem na nogi postawił,
czego do śmierci nie zapomnę. Przy wszystkich to mówię, że gdyby nie waszmość, to bym się
teraz za kratą kołatał. Bodaj się tacy ludzie na kamieniu rodzili. Kto inaczej myśli, ten
kiep, i niech mnie diabeł porwie, jeśli mu uszów nie obetnę.
- Daj waść pokój.
- W ogień za waćpanem pójdę, bodajem przepadł! Wychodź, kto nie wierzy !
Tu pan Andrzej począł toczyć wyzywającym wzrokiem po oficerach, ale nikt nie zaprzeczył,
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional