lektory on-line

Faraon - Strona 151

Ramzes przymknął oczy i marzył. Przez zapuszczone rzęsy już nie widział ogrodu, tylko
powódź księżycowego światła, wśród której rozpływały się czarne cienie i śpiew nieznanego
człowieka do nieznanej kobiety. Chwilami ten śpiew tak go ogarniał, tak głęboko wdzierał
mu się w duszę, że Ramzes miał chęć zapytać się: czy to nie on śpiewa, a nawet czy - on
sam nie jest tą pieśnią miłosną?...
W tym momencie jego tytuł, władza i ciężkie zagadnienia państwowe, wszystko wydawało mu
się nędznym drobiazgiem wobec tej nocy księżycowej i tych okrzyków zakochanego serca.
Gdyby mu dano do wyboru: całą potęgę faraona czy ten duchowy nastrój, w jakim znajdował
się obecnie, wolałby swoje rozmarzenie, w którym zniknął cały świat, on sam, nawet czas,
a została tęsknota lecąca w wieczność na skrzydłach pieśni.
Wtem książę ocknął się, śpiew umilkł, w pałacyku pogasły światła, a na tle jego białych
ścian ostro odbijały czarne, puste okna. Można było myśleć, że tu nikt nigdy nie
mieszkał. Nawet ogród opustoszał i ucichł, nawet lekki wiatr przestał poruszać listkami.
Raz!... dwa!... trzy!... Ze świątyni odezwały się trzy potężne odgłosy śpiżu.
"Aha! muszę tam iść..." - pomyślał książę, dobrze nie wiedząc, gdzie ma iść i po co.
Skierował się jednak w stronę świątyni, której srebrzysta wieża górowała nad drzewami
jakby wzywając go do siebie.
Szedł odurzony, pełen dziwacznych zachceń. Między drzewami było mu ciasno: pragnął wejść
na szczyt tej wieży i odetchnąć, ogarnąć wzrokiem jakiś szerszy horyzont. To znowu
przypomniawszy sobie, że jest miesiąc Misori, że już rok upłynął od manewrów w pustyni,
uczuł tęsknotę za pustynią. Jakżeby chętnie siadł na swój lekki wóz zaprzęgnięty w parę
koni i leciał gdzieś naprzód, gdzie nie byłoby tak duszno, a drzewa nie zasłaniały
widnokręgu.
Był już u stóp świątyni, więc wszedł na taras. Cicho i pusto, jakby wszyscy wymarli;
tylko z daleka szemrała woda fontanny. Na drugich schodach rzucił swój burnus i miecz,
jeszcze raz spojrzał na ogród, jakby mu żal było księżyca, i wszedł do świątyni. Ponad
nim wznosiły się jeszcze trzy kondygnacje.
Śpiżowe drzwi były otwarte, z obu stron wejścia stały skrzydlate figury byków z ludzkimi
głowami, na których twarzach panował dumny spokój.
"To królowie asyryjscy" - pomyślał książę przypatrując się ich brodom, splecionym w
drobne warkoczyki.
Wnętrze świątyni było czarne jak najczarniejsza noc; ciemność tę potęgowały jeszcze białe
smugi księżycowego światła wpadające przez wąskie a wysokie okna.
W głębi paliły się dwie lampy przed posągiem bogini Astoreth. Jakieś dziwne oświetlenie z
góry sprawiało, że posąg był doskonale widzialny. Ramzes patrzył. Była to olbrzymia
kobieta ze strusimi skrzydłami. Miała na sobie długą, fałdzistą szatę, na głowie
śpiczastą czapkę, w prawej ręce parę gołębi. Jej piękna twarz i spuszczone oczy miały
wyraz takiej słodyczy, takiej niewinności, że księcia ogarnęło zdumienie: była to bowiem
patronka zemsty i najbardziej wyuzdanej rozpusty.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional