lektory on-line

Chłopi - Władysław Reymont - Strona 147

— Odpuszcza, to leda dzień się ocieli…
— Ciołka będzie miała! — rzekł Witek podnosząc się od jadła.
— Głupi! — szepnął pogardliwie Pietrek popuszczając ździebko obertelek, że to był niezgorzej podjadł, i zapaliwszy od głowni papierosa wyszedł razem z chłopakiem.
Kobiety w milczeniu wzięły się do roboty. Józka zmywała naczynia, a Hanka słała łóżka.
— Pójdziecie do kościoła z palmami?
— Idź z Witkiem, Pietrek też może, niech jeno konie obrządzi; ja ostanę, przypilnuję ojca i może Rocho wróci akuratnie i co nowego przyniesie od Antka…
— Nie powiedzieć to Jagustynce, żeby jutro przyszła do ziemniaków? co?
— Juści, same nie wydołamy, a na gwałt trza je przebierać.
— A i gnój już by rozrzucać!
— Pietrek jutro na południe ma skończyć wywózkę, to od obiadu weźmie się z Witkiem do rozrzucania; co czasu zbędzie, to i ty pomożesz…
Wrzask gęsi podniósł się przed oknami, wpadł zadyszany Witek.
— Że to nawet gęsiorom spokoju nie dajesz!
— Szczypać me chciały, tom się ino obraniał!
Rzucił na skrzynię cały pęk wilgotnych jeszcze od rosy złotakowych rózeg osypanych baźkami, Józka jęła je układać zwięzując czerwoną wełną.
— Bociek to kujnął cię w czoło? — spytała go po cichu.
— Juści, że nie kto drugi, nie wydaj me ino… — Obejrzał się na gospodynię, wybierającą ze skrzyni świąteczne szmaty. — A to ci powiem, jak było… Wypatrzyłem, że na noc przed gankiem ostaje… podkradłem się późną nocą, kiej już wszyscy na plebanii spali… i jużem go brał… a choć me kujnął… byłbym spencerkiem go okręcił i wyniósł… kiej psy me zwietrzyły… znają me przeciech, a tak docierały zapowietrzone, że musiałem uciekać, jeszcze mi nogawice ozdarły… ale nie daruję…
— A jak się ksiądz dowie, żeś mu wziął boćka?
— A kto mu to powie?… A odbierę mu, bo mój.
— A kaj go schowasz, by ci nie odebrali?
— Już ja taki schowek umyśliłem, że i strażniki nie zwąchają… A potem, kiej przepomną, sprowadzę go do chałupy i powiem, com se nowego znęcił i obłaskawił — rozpozna to kto, Józia? Ino me nie wydaj, to ci jakich ptaszków przyniosę albo i młodego zajączka.
— Chłopak to jestem, bym się ptaszkami bawiła? Głupi, przebierz się zaraz, to razem pójdziem do kościoła.
— Józia, dasz mi ponieść palmę? co?
— Zachciało mu się!… dyć ino kobiety mogą nieść do poświęcania!
— Przed kościołem ci oddam, ino przez wieś…
Prosił tak gorąco, aż przyobiecała, zwracając się prędko do wchodzącej właśnie Nastki Gołębianki, już wyszykowanej do kościoła i z palmami w ręku.
— Nie miałaś czego o Mateuszu? — zagadnęła Hanka po przywitaniu.
— Tyle jeno, co wójt wczoraj przywiózł: jako zdrowszy.
— Wójt akuratnie tyle wie co nic albo i wymyśli, czego nie było.
— To samo pono i dobrodziejowi mówił.
— A o Antku to i słowa rzec nie umiał.
— Pono Mateusz siedzi z drugimi, Antek zaś osobno.
— I… tak jeno szczeka, żeby się miał z czym do chałup zamawiać…
— Był to z tym i u was!
— Co dnia zachodzi, ale do Jagusi; ma z nią jakieś sprawy, to się schodzą i przed ludźmi uredzają w opłotkach.
Powiedziała ciszej, z naciskiem, wyglądając oknem, bo w sam raz Jagna schodziła z ganku, wystrojona sielnie, z książką w ręku i z palmami. Długo patrzała za nią.
— Spóźnita się, dzieuchy, ludzie już całą drogą walą.
— Nie przedzwaniali jeszcze.
Ale wraz i dzwony się ozwały hukliwie nawołując w dom Pański i bimbały wolno, długo i rozgłośnie.
Że w jaki pacierz, a wszyscy poszli z chałupy do kościoła.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional