lektory on-line

Krzyżacy - Strona 132

Przy drzwiach komnaty spał zmorzony głębokim snem pachołek, wewnątrz zaś czekał wedle
rozkazu na Zygfryda Diederich.
Był to niski, krępy człowiek, o kabłączastych nogach i z kwadratową, zwierzęcą twarzą,
którą w części zasłaniał ciemny ząbko-wany kaptur spadający na ramiona. Na sobie miał
bawoli niewyprawny kaftan, na biodrach również bawoli pas, za który zatknięty był pęk
kluczy i krótki nóż. W prawej ręce trzymał żelazną, pozasłanianą błonami latarnię, w
drugiej miedziany kotlik i pochodnię.
- Gotów jesteś? - zapytał Zygfryd. Diderich skłonił się w milczeniu.
- Kazałem, byś miał węgle w kotliku.
Krępy człowiek znów nic nie odpowiedział, wskazał tylko płonące w kominie bierwiona,
wziął stojącą wedle komina żelazną łopatkę i począł wygarniać spod nich węgle do
kociołka, po czym zapalił latarnię i czekał.
- A teraz słuchaj, psie - rzekł Zygfryd. - Niegdyś wygadałeś, co kazał ci czynić komtur
Danveld, i komtur kazał ci wyciąć język. Ale że możesz kapelanowi pokazać wszystko, co
chcesz, na palcach, więc ci zapowiadam, iż jeśli jednym ruchem pokażesz mu to, co z mego
rozkazu uczynisz - każę cię powiesić.
Diederich znów skłonił się w milczeniu, tylko twarz ściągnę-ła mu się złowrogo strasznym
wspomnieniem, albowiem wy-rwano mu język z zupełnie innego powodu, niż mówił Zygfryd.
- Ruszaj teraz naprzód i prowadź do Jurandowego podziemia. Kat chwycił swą olbrzymią
dłonią pałąk kotlika, podniósł łatarnie i wyszli. Za drzwiami minęli uśpionego pachołka i
zszedłszy ze schodów, udali się nie ku drzwiom głównym, lecz w tył schodów, za którymi
ciągnął się wąski korytarz idący przez całą szerokość gmachu, a zakończony ciężką furtą
ukrytą we framudze muru. Diederich otworzył ją i znaleźli się znów pod gołym niebem, na
małym podwórku, otoczonym z czterech stron murowanymi spichrzami, w których chowano
zapasy zboża na wypadek oblężenia zamku. Pod jednym z tych spichrzów, od prawej strony,
były pod-ziemia dla więźniów. Nie stała tam żadna straż, albowiem wiezień, choćby zdołał
wyłamać się z podziemia, znalazłby się w dziedzińcu, którego jedyne wyjście było właśnie
przez ową furtę.
- Czekaj! - rzekł Zygfryd.
I wsparłszy się ręką o mur, zatrzymał się, albowiem uczuł, że dzieje się z nim coś
niedobrego i że brak mu tchu Jak gdyby piersi jego były zakute w zbyt ciasny pancerz. Po
prostu to, przez co przeszedł, było nad jego stare siły. Uczuł też, że czoło pokrywa mu
się pod kapturem kroplami zimnego potu, i postanowił chwilę odetchnąć.
Noc po posępnym dniu uczyniła się nadzwyczaj pogodna. Na niebie świecił księżyc i cały
dziedzińczyk zalany był jasnym światłem, przy którym śnieg połyskiwał zielono. Zygfryd z
chciwością wciągał w płuca rzeźwe i nieco mroźne powietrze. Ale przypomniało mu się
zarazem, że w taką samą świetlistą noc wyjeżdżał Rotgier do Ciechanowa, skąd wrócił
trupem.
- A teraz leżysz w kaplicy - mruknął z cicha. Diederich zaś, sądząc, że komtur do niego
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional