lektory on-line

Krzyżacy - Strona 111

łacniej.
Rozmowa ta wielce dodała ducha Zbyszkowi. Tymczasem jednak na pierwszym popasie stary
Maćko zachorzał tak, że trzeba było przyzostać i czekać, póki choć trochę sił do dalszej
podróży nie odzyska. Zostawiła mu dobra księżna Anna Danuta wszystkie leki i driakwie,
jakie z sobą miała, ale sama musiała jechać dalej, przyszło więc obu rycerzom z Bogdańca
rozstać się z dworem mazowieckim. Padł Zbyszko jak długi do nóg naprzód księżnie, potem
Danusi, poprzysiągł jej jeszcze raz wierne służby rycerskie, obiecał przyjechać rychło do
Ciechanowa albo do Warszawy, wreszcie porwał jaw swoje silne ramiona i podniósłszy do
góry, jął powtarzać wzruszonym głosem:
- Pamiętajże ty o mnie, kwiatuszku najmilejszy, pamiętaj, rybeńko moja złota!
A Danusia, objąwszy go ramionami tak właśnie, jak młodsza siostra obejmuje miłego brata,
przyłożyła swój zadarty nosek do jego policzka i płakała wielkimi jak groch łzami,
powtarzając:
- Nie chcę do Ciechanowa bez Zbyszka, nie chcę do Ciechanowa!
Widział to Jurand, ale gniewem nie wybuchnął. Owszem, pożegnał i sam bardzo życzliwie
młodzianka, a gdy już siedział na koniu, nawrócił jeszcze raz ku niemu i rzekł:
- Ostawaj z Bogiem i urazy do mnie nie chowaj.
- Jakobym miał urazę do was chować, kiedyście Danuśków ojciec! - odrzekł szczerze Zbyszko.
I pochylił mu się do strzemion, ów zaś ścisnął mu silnie rękę i rzekł:
- Szczęść ci Boże we wszystkim!... rozumiesz?
I odjechał. Zbyszko jednakże zrozumiał, jak wielka życzliwość tkwiła w ostatnich jego
słowach, i wróciwszy do wozu, na którym leżał Maćko, rzekł:
- Wiecie? on by też chciał, jeno mu coś przeszkadza. Wyście byli w Spychowie i rozum
macie bystry, to starajcie się wymiarkować, co to jest.
Lecz Maćko zbyt był chory. Gorączka, którą miał od rana, powiększyła się pod wieczór do
tego stopnia, że począł tracić przytomność, więc zamiast odpowiedzieć Zbyszkowi, spojrzał
na niego jakby ze zdziwieniem, potem spytał:
- A gdzie tu dzwonią?
Zbyszko zląkł się, przyszło mu bowiem do głowy, że skoro chory słyszy dzwony, to widać,
że już śmierć ku niemu idzie. Pomyślał też, że stary może umrzeć bez księdza, bez
spowiedzi, a tym samym dostać się, jeżeli zgoła nie do piekła, to przynajmniej na długie
wieki do czyśćca -więc postanowił go jednak wieźć dalej, by jak najprędzej dojechać do
jakowejś parafii, w której Maćko mógłby przyjąć Ostatnie Sakramenta.
W tym celu ruszyli na całą noc. Zbyszko siadł na wóz z sianem, na którym leżał chory, i
czuwał nad nim aż do białego dnia. Od czasu do czasu poił go winem, którym zaopatrzył ich
na drogę kupiec Amylej, a które spragniony Maćko pił chciwie, albowiem przynosiło mu ono
widoczną ulgę. Po drugiej kwarcie odzyskał nawet przytomność, po trzeciej zaś zasnął tak
głęboko, że Zbyszko pochylał się nad nim chwilami, by się przekonać, że nie umarł.
I na myśl o tym zdejmował go żal głęboki. Do czasu swego uwięzienia w Krakowie nie zdawał
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański, producent aparatury destylacyjnej aparatura do bimbru.

Valid XHTML 1.0 Transitional