lektory on-line

Potop - Henryk Sienkiewicz - Strona 105

kilka tysięcy naraz pędzono trzy razy dziennie do Noteci i Głdy, kłócąc się i bijąc o
najlepszy przystęp do brzegu.
Duch jednak, pomimo iż sam wojewoda poznański działał raczej w ten sposób, aby go
osłabić, był z początku dobry.
Gdyby Wittenberg był nadszedł w pierwszych dniach lipca, byłby prawdopodobnie napotkał
mocny opór, który w miarę rozgrzewania się ludzi w boju mógłby się zmienić w niezwalczoną
zaciekłość, jak tego często bywały przykłady. Bo przecie w żyłach tych ludzi, jakkolwiek
odwykłych od wojny, płynęła krew rycerska.
Kto wie, czy drugi Jeremi Wiśniowiecki nie zmieniłby Ujścia w drugi Zbaraż i nie zapisał
w tych okopach nowej świetnej karty rycerskiej. Ale właśnie wojewoda poznański, na
nieszczęście, mógł tylko pisać, nie walczyć.
Wittenberg, człowiek nie tylko wojnę znający, ale i ludzi, może umyślnie się nie
spieszył. Doświadczenie długoletnie uczyło go, iż nowo zaciężny żołnierz
najniebezpieczniejszy jest w pierwszej chwili zapału i że częstokroć nie męstwa mu brak,
ale żołnierskiej cierpliwości, którą tylko praktyka wyrabia. Potrafi on nieraz uderzyć
jak nawałnica na najstarsze pułki i przejść po ich trupach. Jest to żelazo, które póki
czerwone, drga, żyje, sypie iskry, pali, niszczy, a gdy wystygnie, jest tylko martwą
bryłą.
Jakoż gdy ubiegł tydzień i drugi, a zaczynał się trzeci, długa bezczynność poczęła ciężyć
pospolitemu ruszeniu. Upały były coraz większe. Szlachta nie chciała wychodzić na musztry
tłumacząc się tym, że ?konie, cięte przez bąki, nie chcą ustać na miejscu, a jako że w
błotnistej okolicy od komarów wytrzymać nie można..."
Czeladź wszczynała coraz większe kłótnie o miejsca cieniste, o które i między panami
przychodziło do szabel. Jaki taki, skręciwszy wieczorem do wody, wyjeżdżał chyłkiem z
obozu, aby nie wrócić więcej.
Nie brakło i z góry złego przykładu. Pan Skoraszewski dał właśnie znać z Czaplinka, że
Szwedzi już niedaleko, gdy na radzie wojennej uwolniono do domu pana Zygmunta z Grudnej
Grudzińskiego, starościca średzkiego, o co stryj Andrzej, pan wojewoda kaliski, wielce
nastawał.
- Jeśli ja mam tu głowę złożyć i gardło dać - mówił- niechże synowiec po mnie pamięć i
sławę odziedziczy, by zasługa moja nie przepadła.
Tu począł roztkliwiać się nad młodym wiekiem i niewinnością synowca oraz wynosić jego
hojność, z jaką sto piechoty bardzo porządnej dla Rzeczypospolitej na ten termin
wystawił. I rada wojenna zgodziła się na prośby stryja. Z rana 16 lipca wyjeżdżał pan
starościc w kilkanaście sług otwarcie z obozu do domu, w wigilię niemal oblężenia i
bitwy. Tłumy szlachty przeprowadzały go wśród szyderskich okrzyków aż za obóz, a tłumom
tym przywodził Ostrożka, który krzyczał z daleka za odjeżdżającym :
- Mości panie starościcu, daję ci do herbu i nazwiska przydomek: Deest!
- Vivat Deest-Grudziński! - krzyczała szlachta.
Nasi Partnerzy/Sponsorzy: Wartościowe Virtualmedia strony internetowe, Portal farmeceutyczny najlepszy i polecany portal farmaceutyczny,
Opinie o ośrodkach nauki jazy www.naukaprawojazdy.pl, Sprawdzony email marketing, prawnik Toruń, Najlepsze okna drewniane Warszawa w Warszawie, Zdrowa żywność sklep wegański.

Valid XHTML 1.0 Transitional